Radio Chrystusa Króla




Jezuniu Moja Miłości

PIĘKNY WIERSZ O RÓŻANCU

„W małej izdebce, tuż obok łóżka,

Z różańcem w ręku klęczy staruszka

Czemuż to babciu mówisz pacierze?

Bo ja w ich siłę naprawdę wierzę.

 

Wierzę, że te małe paciorki z dębiny

Moc mają ogromną, odpuszczają winy

Gdy zawiodą lekarze, gdy znikąd pomocy

Ja,grzesznik niegodny, korzystam z ich mocy

 

Pierwsza dziesiątka jest za papieża

Niech nami kieruje, Bogu powierza.

Druga w intencji całego Kościoła

Modlitwą silny wszystkiemu podoła.

 

Trzecia za męża, co zmarł i już jest w niebie

A może w czyśćcu, lub większej potrzebie

Czwartą odmawiam w intencji syna…

Przy tych słowach staruszka płakać zaczyna

 

Był dobry chłopak, lecz od ojca pogrzebu

Odwrócił się od Boga, złorzeczył niebu

Nie rozumiał, że Bóg w swojej miłości

Dał wolną wolę dla całej ludzkości.

 

Zaś człowiek dar ten bezcenny i hojny

Zamienił na chciwości, wyzysk i wojny

I teraz, gdy wypadek czy wojenna trwoga

Nie wini siebie, lecz zawsze Boga.

 

Myślałam, że syn, gdy założył rodzinę,

Gdy wziął na ręce swą pierwszą dziecinę,

Zrozumiał swe błędy, cel odnalazł w życiu

Lecz on mimo rodziny, pogrążył się w piciu.

 

Awantury, alkohol, płacz i siniaki

Czemu swym dzieciom los zgotował taki?

Nie było miłości, pieniędzy, jedzenia,

Spokój był tylko, gdy szedł do więzienia.

 

Ja zaś przez lata biorąc różaniec do ręki,

Bogu polecam swych wnucząt udręki,

Lecz syn w nałogu trwał dalej uparty,

Z czwartej dziesiątki robił sobie żarty.

 

„Lepiej piątą odmawiaj sama za siebie

Bo żyjesz tylko o wodzie i chlebie.

Na nic te posty i twoje modły,

Bo los już taki musi być podły.”

Radość rozsadzająca serce

autor: ks. Mieczysław Piotrowski TChr

 Alicja Lenczewska. Przez ponad 50 lat swojego życia była przeciętną, letnią chrześcijanką. Aż do 1985 roku. Wtedy to na rekolekcjach animatorów Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej Górze, otrzymała niezwykły dar. Stanął przede mną Jezus – wspomina Alicja. Bardziej realny, prawdziwszy niż wszystko, co było w kaplicy: niż ludzie, którzy stali obok. Stało się to po przyjęciu Komunii św. (podczas Eucharystii), kiedy ze skruchą myślałam, jak bardzo jestem spóźniona w drodze do Niego. Tak rozpoczęły się jej dialogi z Jezusem, które na Jego wyraźną prośbę, zapisywała przez dwa duchowe dzienniki: Świadectwo i Słowo pouczenia. Jezus zachęca w nich Alicję do kroczenia drogą dziecięctwa Bożego, także do ascezy i wyrzeczenia się wszystkiego, co może oddalać od Boga. Przede wszystkim jednak prosi ją o miłość do Niego, miłość największą, jaką jest w stanie Mu ofiarować na tym świecie. Nie żąda od Alicji doskonałości. Tylko miłości. Kiedy Alicja wraca myślą do pierwszego spotkania z Jezusem pisze: Wszystko przestało istnieć, był tylko On. Jego potęga, moc, ogrom coraz większy i ja coraz mniejsza przy Nim. Ogrom miłości tak wielkiej, niespotykanej, przed którą można tylko płakać nad swoją niewdzięcznością. A potem radość, że On mnie kocha. Radość rozsadzająca serce.

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZF/ZFS/milujciesie201502_alicja.html

Alicja
 Świętość naszych czasów

 Bogdana Bochda

Alicję Lenczewską poznałam w 1998 r. na pielgrzymce do Medjugorie, której była organizatorką. Jej skromność i cichość zwróciły moją uwagę. Było coś w niej niezwykłego, dlatego już na terenie Chorwacji nawiązałam z nią kontakt, który przetrwał aż do jej śmierci. Szybko odkryłam jej dużą wiedzę przede wszystkim z zakresu teologii, a także historii, polityki i historii sztuki. Nic więc dziwnego, że po spotkaniach z nią wychodziłam zawsze ubogacona. Kiedy dowiedziałam się o jej chorobie, nasze kontakty stały się częstsze. Intuicyjnie czułam, że muszę jak najwięcej wchłonąć w siebie tego skarbu, który w sobie nosiła. Będąc świadkiem nasilającego się jej cierpienia i patrząc na jej spokój oraz pogodę ducha, zaczęłam myśleć i mówić o Alicji w kategoriach świętej, co miało się okazać nie tylko moim spostrzeżeniem, ale i innych, do których dotarłam i im oddaję teraz głos.
Ks. Henryk Marczak
Ks. Henryk Marczak poznał Alicję pod koniec 1987 r., kiedy przez kolegę trafił do Odnowy w Duchu Świętym w kościele św. Jana Chrzciciela przy ul. Bogurodzicy w Szczecinie. Alicja była jego domową animatorką. Będąc z wykształcenia pedagogiem, umiała rozmawiać z ludźmi i odpowiednio poprowadzić spotkania. Szybko też dała się poznać jako osoba wysoce kompetentna, mądrze mówiąca, potrafiąca słuchać, pozwalająca się wszystkim wypowiedzieć, zyskując sobie tym duży autorytet. Rok później ks. Henryk uczestniczył w siedmiotygodniowym seminarium Odnowy w Duchu Świętym, którego była główną prowadzącą. Jej spokój i profesjonalizm podczas wygłaszanych konferencji zapadły głęboko ks. Henrykowi w pamięci, jak i jej pełne zaangażowanie. Do czasu wstąpienia do seminarium duchownego był w jej grupie domowej. Była na jego święceniach kapłańskich. Swoją postawą, uduchowieniem i talentem pedagogicznym stała się dla niego matką duchową, tak jak ks. Mieczysław Wołoszyn ojcem duchowym. Oni byli dla ks. Henryka rodzicami i zaraz dodaje – nie kierownikami, bo ich można mieć wielu, ale rodzicami, bo ci są jedni. – Z czasem – kontynuuje ks. Henryk – zaczęła się stopniowo wycofywać z życia czynnego, by mieć więcej czasu na życie duchowe. Szła bardziej w kierunku ewangelicznej Marii niż Marty.
Podczas pogrzebu ks. Henryk powiedział, że ma świadomość, że chowa osobę świątobliwą, co dopiero miało zostać ujawnione później w postaci jej dziennika. Na koniec naszej rozmowy dopowiada, że była osobą zrównoważoną, naturalną, łagodną, promieniującą swoją osobowością, wobec której czuło się duchowy autorytet i zaraz dodaje, że przy niej człowiek miał pragnienie świętości, bycia lepszym.
O. Jan Paweł M. Bagdziński OFM
O. Jan Paweł M. Bagdziński OFM to kolejny mój rozmówca. On również towarzyszył Alicji w ostatniej drodze. Poznał ją, tak jak ja, na pielgrzymce do Medjugorie, tylko że rok wcześniej i od tej pory już cały czas był z nią związany, szczególnie przez Schronisko dla Bezdomnych w Policach, które prowadzili jego rodzice. Tam każdego 25. dnia miesiąca w dniu objawień maryjnych z inicjatywy Alicji były organizowane modlitwy – Koronka Pokoju, Różaniec, Msza św. oraz adoracja Najświętszego Sakramentu, na które dał zgodę bp Marian Błażej Kruszyłowicz. Miały one specyficzny charakter ze względu na ogromną prostotę wystroju tego miejsca i ludzi, którzy z wielu miejsc Szczecina w tych modlitwach uczestniczyli. Kiedy Alicja znalazła się w hospicjum, o. Jan Paweł już prawie każdego dnia jej towarzyszył, a bywało, że i w nocy, kiedy po całym dniu służby Kościołowi zjawiał się sam lub z innymi przy łóżku cierpiącej Alicji, przeważnie z różańcem w ręku, odmawiając go wraz z Drogą Krzyżową. Podczas jednej z ostatnich wizyt powiedziała: „Co ja ci będę mówić. Ty wiesz i rozumiesz, bo jesteś kapłanem. Jestem szczęśliwa”. Kiedy dziękował jej za te rekolekcje spędzone przy jej łóżku, w prostocie i ogromnej pokorze odpowiedziała: „Pewnie tak… wygłosiłam… jednak dzisiaj wygłoszę kolejne piękne rekolekcje o cierpieniu, wieczorem…, gdy będą mi zmieniać opatrunki i przebierać”. Z jej oczu obficie polały się łzy. Wzruszony tym płaczem położył jej ręce na głowie, wznosząc modlitwę, aby Pan dał jej ulgę w cierpieniu, aby ją dziś tak strasznie nie bolało. Zaraz się rozpogodziła, mówiąc: „Nie, nie, ja chcę cierpieć”. Na święta Bożego Narodzenia siostry karmelitanki przysłały jej duże serce z piernika, z którego się ogromnie ucieszyła, prosząc, by wszystkich nim obdzielić i sama też trochę zjadła. Po Nowym Roku nie mogła już mówić. Jej cierpienie sięgało zenitu. O. Jan Paweł wypożyczył dla niej relikwie Krzyża Chrystusa i przywiózł jej też Światło Betlejemskie. Gdy stanęły przed nią relikwie Krzyża Pańskiego, rozpogodziła się, a z oczu popłynęły łzy szczęścia i wdzięczności. Po chwilowym zamyśleniu ścisza głos i dodaje, że jest głęboko przeświadczony, że było mu dane po raz kolejny żyć w bliskości osoby świętej, której wartość zmierzyć można tylko sercem.
Krystyna Sulińska
Krystyna Sulińska przez ostatnie dwa tygodnie od rana do wieczora była przy łóżku chorej. Widziała jak nikt inny zmaganie Alicji z ogromnym bólem, która miała przerzuty również do kości, co powoduje ból każdej najmniejszej nawet kosteczki. Jej zmaganie dzień za dniem, godzina po godzinie, minuta po minucie. Nigdy żadnej skargi, nigdy najmniejszego niezadowolenia. – Pierwszego stycznia ostatni raz słyszano jej głos. Po nim zaległo już tylko milczenie. Pogodne i pełne ciepła milczenie – dodaje pani Krystyna. – W chwili śmierci otworzyła na chwilę szeroko oczy, które wraz z jej mimiką twarzy i poruszającymi się lekko wargami wyraźnie wskazywały, że chciała coś jeszcze powiedzieć. Było widać, że umiera świadomie. Za chwilę oddała ostatnie tchnienie pełne spokoju i majestatu, bo taka była Alicja. Potem pokój wypełniła cisza. – Śmierć jest piękna – mówi moja rozmówczyni. – Nie mogłam się napatrzeć jej umieraniu. To była radość w sercu, kiedy się na nią patrzyło. To rozstanie było radością. Czuło się w nim to świętych obcowanie. Zwierza się, że nigdy dotąd czegoś takiego nie przeżyła. To było tak, jakby do tego pokoju zstąpiło niebo.
Zofia Daniłowicz
Zofia Daniłowicz była również bardzo blisko Alicji, więc i ją poprosiłam o kilka słów na temat zmarłej, by jak najdokładniej przybliżyć jej postać.
– Była normalna – po chwili dodaje – bardzo normalna, łagodna, cierpliwa, ale jeżeli ktoś mówił jakieś bzdury, które dotyczyły poważnych tematów, wtedy potrafiła się ostro sprzeciwić, ale tylko osobom, które dobrze znała. Miała swoją drogę i konsekwentnie nią szła. Nie była pokutnicą zamkniętą w sobie ani egzaltowaną, nie była wylewna ani rozgadana, nie narzucała się z pomocą, ale udzielała jej zawsze, ilekroć jej ktoś potrzebował. Nigdy na nic nie narzekała. Umiała wysłuchać do końca, nie przerywając w połowie zdania. Zamiast porad najczęściej odsyłała do modlitwy, jeżeli nie chodziło o jakieś banały, lub mówiła, by oddać to Panu. Ubrana zawsze skromnie, ale gustownie. Wspomagała hojnie swoją wspólnotę – szczególnie w czasie remontu, systematycznie wpłacała na Radio Maryja i Telewizję Trwam.
S. Ewa Rzeszewska
S. Ewa Rzeszewska, przełożona Wspólnoty Rodziny Serca Miłości Ukrzyżowanej, której od 1989 r. Alicja była członkiem: – Śluby wieczyste złożyła w 2004 r. Celem tej wspólnoty jest ofiara, zadośćuczynienie Bogu za grzechy swoje i świata. Członkowie składają Bogu ślub miłości, wierności i posłuszeństwa zobowiązujący ich do codziennego uczestnictwa we Mszy św., odmawiania brewiarza, Różańca św. i trwania w ciszy przed Panem Bogiem, niekoniecznie w kościele. Chodzi tu o ofiarowanie czasu na wyłączność Bogu, co nie ma być modlitwą, ale postawą słuchania. Jedną z cech tej wspólnoty jest dążenie do tego, aby „chodzić w Panu”, tzn. oddać siebie i innych Panu z chwili na chwilę, by mieć jakby stały kontakt z Nim. Jako charakterystykę zmarłej podaje, że była osobą taktowną, ciepłą, wymagającą przede wszystkim od siebie, powściągliwą w okazywaniu uczuć, dużą rolę przykładała do etyki (we wszystkich dziedzinach), często mówiła, że u Pana Boga można wiele łask wyprosić na kolanach. Zachęcała do tego i tak się sama modliła. Propagowała bardzo modlitwę za kapłanów, tzw. margaretki, i Koronkę Pokoju. Była stałą propagatorką „Echa Medjugorie” i przesłań Matki Bożej.
Alicja Lenczewska zmarła 5 stycznia 2012 r. w Hospicjum im. św. Jan Ewangelisty w Szczecinie.
 

Wspomnienie o Alicji Lenczewskiej

Grzegorz Kępisty – wspomnienie o Alicji Lenczewskiej Mierzyn 22.10.2015

Ostrzeżenie od Jezusa(Pouczenia)-Alicja Lenczewska n.3.04.1994 Wielkanoc

 

Alicji Lenczewskiej dialogi z Jezusem – cz. 1.

 

 

Alicji Lenczewskiej dialogi z Jezusem – cz. 2

 

 
Wizjonerka z Niemiec Izolda sprzedała swój dom i wyjechała do Polski by tu zamieszkać.
Wywiad w Świebodzinie.
cz.I
cz.II
https://www.youtube.com/watch?v=63ZEKeaTOgo

CHRISTUS VINCIT, CHRISTUS REGNAT, CHRSTUS IMPERAT !

 

W górę serca, pogrążeni w smutku!
 
autor: ks. Andrzej Trojanowski TChr
 
Chociaż bohaterka tej historii – Luiza od Nicości – żyła dawno, w

​ ​

XVII w., to jednak wiadomo wiele o jej życiu dzięki zachowanym świadectwom. Po śmierci uważana za świętą, za życia była brana za „wariatkę” i wytykana palcem jako przykład nieszczęścia, które może się przytrafić nawet pannom z najlepszych domów.Urodziła się w rodzinie należącej do sławnego rodu Andegawenów. Opływając we wszystko, cierpiała na brak tego, co jest najważniejsze dla dziecka: akceptacji i ciepła ze strony rodziców, którzy od początku byli do niej dziwnie uprzedzeni. Obchodzili się z nią szorstko i uważali za głupią. Pomimo tego, Luiza wyrosła na dziewczynę o nieprzeciętnym wdzięku, żywym umyśle i pięknym głosie. Wbrew usilnym staraniom wielu o jej rękę, w wieku 37 lat wstąpiła do klasztoru. Działo się to w okresie dynamicznego rozwoju jansenizmu we Francji. Ten ruch religijny zmierzał do reformy życia duchowego według najbardziej surowych i rygorystycznych zasad. Głosił skrajny perfekcjonizm postępowania i wpajał przede wszystkim lęk wobec Boga, jako drobiazgowego i ciągle niezadowolonego sędzi. Do środowiska zdominowanego tego rodzaju duchem wiary trafiła Luiza, którą rodzinne wychowanie pozbawiło elementarnej pewności siebie, wpoiło poczucie winy i braku osobistej wartości. Jansenistyczna wizja Boga, rodząca w jej wrażliwej i okaleczonej psychice raczej przerażenie aniżeli świętą bojaźń, doprowadzała ją niebawem do psychozy lękowej. Wkrótce stała się ofiarą obłędu, który zmuszał ją do krzyków, rzucania się i wybiegania na ulicę. Uznano ją za czarownicę, zakuto w łańcuchy i usadowiono w paryskim zakładzie dla szaleńców, którego sama nazwa – Salpetriere – wywoływała dreszcze. Znalazła się obok starej, pokrytej wrzodami i robactwem kobiety. Oto, co pisze pewien psychiatra na temat warunków, panujących wówczas w tym zakładzie: Kobiety, przykute do ściany za pomocą żelaznej obręczy, obejmującej je w pasie, jęczały w dzień i noc, trzęsły się z zimna i wilgoci. W okresie zimy, gdy Sekwana wzbierała, te ponure pomieszczenia, znajdujące się na poziomie ścieków, stawały się kryjówką dla niezliczonych szczurów. Nocą rzucały się na nieszczęsne kobiety, gryząc je tam, gdzie się dało. miarę upływających tygodni gwałtowność zachowywania się Luizy malała: coraz mniej się rzucała, ciszej i rzadziej krzyczała. Uwolniono ją z łańcuchów i pozwolono jej chodzić na teranie zakładu. Odwiedzała jedną ze swych towarzyszek niedoli, z którą modliła się i rozmawiała. Męczarnia skrupułów i lęków ustępowała na korzyść duchowego pokoju. Do jej uzdrowienia przyczyniła się posługa pewnego kapłana, mającego szczególny dar rozeznawania i pocieszania w strapieniu. Spowiadał ją i udzielał Komunii św. Po kilku miesiącach Luizę przeniesiono do innej sali, przeznaczonej dla „obłąkańców, którym powrócił rozum”. Zlecono jej opiekę nad kobietami chorymi na trąd, gruźlicę, szkorbut i inne straszliwe choroby miejskiej biedoty. Obowiązki te wykonywała ofiarnie i radośnie. W miarę swych sił, dźwigała obłożnie chore, sprzątała po nich, myła je, wynosiła baseny… Po porannej Mszy św. wracała do nich, karmiła je i ubierała, szepcząc przeróżne modlitwy i słowa pociechy. Zdrowsze kobiety zachęcała do większej wiary i uczyła katechizmu. Pomimo wyraźnych znaków powrotu do zdrowia, ludzie wciąż uważali ją za pomyloną, a ona w swej pokorze nie wyprowadzała ich z błędu. Wciąż chodząc w łachmanach, niestrudzenie troszczyła się o tych, którzy obłąkani byli naprawdę. Uchodząc za szaloną – rzeczywiście nią była, lecz w sensie Chrystusowego szaleństwa miłości. Często modliła się nad chorymi, a kiedy oni powracali do zdrowia, protestowała przeciwko gestom wdzięczności i zakłopotana tłumaczyła, że nie ma żadnej mocy nad chorobami. Otrzymywała niezwykłe łaski, lecz prosiła Boga, aby przez to nie ściągać na siebie uwagi. Ustały więc jej widoczne dla wszystkich ekstazy. Coraz bardziej natomiast jaśniała jej prostota i radość. Niegdyś przerażona aż do obłędu wizją potępienia przez Boga, teraz zachowywała totalną ufność wobec Jego zamiarów. Dzięki miłosierdziu Bożemu – jak sama mówiła – czuję się tak bardzo gotowa przyjąć wszystko, co On zechce mi zesłać, że nawet gdybym miała ponownie wpaść w obłęd, to i tak nie przestałabym Go wielbić. Umarła w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, zaraziwszy się gruźlicą od chorych, którym bez wytchnienia usługiwała. W ceremonii pogrzebowej uczestniczyły tłumy bezimiennych biedaków i obłąkańców, a jej grób przez wiele lat był czczony jako grób świętej.Czy Luiza rzeczywiście wpadła w chorobę psychiczną? Nie – odpowiadają współcześni psychiatrzy. Jej zachowanie, noszące cechy rzeczywistego obłędu, spowodowane było przejściowym kryzysem wiary: pewnością, że nie jest kochana przez Boga, że została przez Niego nieodwołalnie potępiona. Okazuje się, że w tym mrocznym doświadczeniu duchowym nie była odosobniona. Wielu świętych przeżyło podobny typ rozpaczy, z której zostali definitywnie uwolnieni. Przeszli oni drogę duchowego oczyszczenia, doskonale znaną chrześcijańskim mistykom, o których nieraz mylnie sądzimy, że nie stąpali twardo po ziemi. Coś w tym rodzaju przeżył także św. Albert (przed zakonem nosił imię Adam) Chmielowski na początku swej drogi, która ostatecznie doprowadziła go do całkowitego poświęcenia się najuboższym. Niedług wstąpieniu do zakonu opanowała go straszliwa niewiara w możliwość własnego zbawienia. Radość z bliskości Boga ustała, a jej miejsce zajęło poczucie opuszczenia, rozpaczy i bezsensu. Prawie przestał jeść i całkowicie zamilkł. Wpadł w rodzaj kompletnego osłupienia i melancholii. Uznano go za niezdolnego do podjęcia życia zakonnego, co więcej – za chorego, wymagającego specjalistycznego leczenia. Został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym w Kulparkowie pod Lwowem. Na szczęście, po kilku miesiącach pobytu w szpitalu, zabrał go do domu jego brat Stanisław i troskliwie się nim zaopiekował. Jego stan nie polepszał się jednak. Siedział i milczał, nie spał i nie jadł. Podczas Powstania Styczniowego, w którym stracił nogę, tyle razy zaglądał śmierci w oczy. A teraz sama myśl o niej paraliżowała jego władze. Nie rozumiejąc, co się z nim naprawdę dzieje, Stanisław zaprosił do domu proboszcza. Pozostając w pomieszczeniu obok i wiedząc, że Adam wszystko słyszy, Stanisław wszczął rozmowę z kapłanem o Ojcu przebaczającym marnotrawnemu synowi, o kobiecie cudzołożnej, o żalu Piotra i innych przykładach Boskiego miłosierdzia w Biblii. Słowa te trafiły do serca udręczonego Adama. Przyszedł czas postania z rozpaczy. W kilka godzin potem zażądał, aby osiodłano mu konia. Służący mało nie upadł ze zdumienia: Pan Adam przemówił!. Pogalopował do proboszcza, w czasie kilkugodzinnej spowiedzi zrzucił z siebie cały swój ból i wrócił do domu zupełnie odmieniony. Nastała niewypowiedziana radość. W domu i w okolicy mówiono: znowu jest sobą – jak dawniej, radosny, serdeczny, towarzyski…. W rzeczy samej, nie był już tym samym człowiekiem. Słyszano go, jak w czasie spaceru z rozpromienioną twarzą powtarzał: „jak dobry jest Bóg, jakże miłosierny i łaskawy…”. Wstąpił do trzeciego zakonu franciszkanów i, już jako brat Albert, trafił do dzielnic Krakowa, gdzie panowała największa nędza, prostytucja i przemoc. Przygarniał biedaków, starał się dla nich o środki do życia, otaczał duchową opieką. Wkrótce powierzono mu schronisko dla mężczyzn, a potem także dla kobiet. Gromadziło się wokół niego coraz więcej osób, pragnących również poświęcić się najuboższym. Tak oto powstawał zalążek dwóch zgromadzeń zakonnych – gałęzi męskiej i żeńskiej. Wyczerpany życiem, zmarł w Boże Narodzenie 1916 r. Kanonizował go Jan Paweł II w 1989 r. Co łączy obydwie z powyżej przedstawionych postaci? – Ciemność wewnętrzna, noc zmysłów, spowodowana poczuciem nieobecności Boga, który dotąd udzielał się pośród radości i pokoju ducha. Nagle prosta i naturalna wiara staje się niemożliwa i gaśnie wszelki entuzjazm w miłości, „nie ma Boga, życie jest absurdem, drogą do nikąd!” – rozlega się wewnętrzny krzyk. Pustka w umyśle, grunt usuwa się pod nogami, królują niechęć do życia, pragnienie śmierci i zarazem straszliwy lęk przed nią. Wszystko wydaje się być skończone. Oto dno rozpaczy, którego Bóg pozwala dotknąć tylko największym swym przyjaciołom. Im się wydaje, że Bóg jest daleki, tymczasem jest z nimi szczególnie blisko. Przeżywają śmierć dla swej wiary – zbyt pewnej siebie i łatwej, łaknącej ciągle Boskiej pociechy, jak dziecko łaknie słodyczy; umierają dla swej miłości – zbyt ludzkiej, emocjonalnej, kapryśnej, wybiórczej, szukającej zadowolenia i satysfakcji. Wszystko, w czym dotychczas pokładali swą ufność i z powodu czego mogli się szczycić i wynosić ponad innych – zostaje nagle im odebrane. Pozostają biedni, ślepi i nadzy. Lecz ich konanie jest momentem ich narodzenia: pustą i wyjałowioną duszę Bóg zaczyna wypełniać i ozdabiać najcenniejszymi darami. Rodzi się wiara – która wierzy tylko ze względu na Boga i nie wygląda już Jego pociech; rodzi się miłość – która kocha ze wzglądu na Niego, a nie mocą swych własnych porywów i upodobań. Gdy ludzie ci w końcu zostają posłani do świata, działają mocą Jego miłości. Dlatego misja ich przynosi wspaniałe owoce. Luiza została posłana do obłąkanych: kto potrafiłby znieść, nie mając w sercu Boskiej światłości, straszliwe ciemności cudzego obłędu? Czy można pogrążyć się w przepaść cudzej rozpaczy i samemu nie upaść? Komu brakuje wewnętrznego światła, nie może bez uszczerbku dla siebie podzielać cudzych ciemności. Jeśli Luiza je podzielała, to dlatego, że sama przeżyła piekło rozpaczy i doświadczyła, że nic nie zdoła odłączyć nas od miłości Boga, która jest w Chrystusie, Panu naszym… Ani śmierć, ani życie, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe… Do tych słów św. Pawła z Listu do Rzymian Luiza mogłaby dodać: …ani lęki, ani depresja, ani szaleństwo czy obłęd, ponieważ we wszystkim tym odniosłam zwycięstwo dzięki Temu, który mnie umiłował. Nic mnie trwoży, nic nie przeraża, bo zstąpiłam do otchłani choroby i obłędu – a i tam Bóg mnie nawiedził i mnie uwolnił! Oto dlaczego pytam każdą duszą pogrążoną w najgłębszej nocy: Któż cię odłączy od miłości Chrystusowej? Jeśli któryś z wielkich przyjaciół Boga przeżywa noc ducha, to nie tylko ze wzglądu na własne uświęcenie. W rzeczywistości, obarczeni zostają ciemnością świata – jego straszliwymi lękami i zgryzotami – aby została ona rozjaśniona ich heroiczną miłością i wiarą. Doświadczenie Jezusa na Krzyżu staje się udziałem Jego ukrzyżowanych przyjaciół, wśród których zapewne są pacjenci z psychiatrycznych zakładów. Zbawienie na Krzyżu dokonało się poza murami Jerozolimy – dziś nadal się dokonuje poza murami ruchliwych miast i poza oczyma ich zagonionych mieszkańców. Poprzez swych zaufanych, którzy żyją na tym świecie, choć nie są z tego świata – Jezus wstępuje w obszary naszego człowieczeństwa, które najbardziej nas przerażają i wzbudzają trwogę; w obszary, które dla wielu są powodem zgorszenia, buntu przeciwko Bogu i własnemu losowi. Są to obszary smutków egzystencjalnych, lęków, depresji, wyczerpań, utraty rozumu, chorób psychicznych… Przyćmione środkami farmakologicznymi lub ucieczką w nadmierną pracę, użycie, gromadzenie dóbr materialnych – lęki i niepokoje nie giną, lecz nadal zbłąkane się odzywają. Tymczasem droga do życia prowadzi właśnie przez lęki, a nie wbrew nim lub bez nich. Że naprawdę jest to możliwe, Bóg zapewnia nas o tym właśnie przez swoich przyjaciół. Czy św. Tereska od Dzieciątka Jezus żyła w błogim pokoju, z dala od prawdziwych problemów świata? Otóż, dźwigała ona ateizm XX wieku wraz z całym rozdarciem duchowym, jakie ono spowodowało. Wszelkie kłamliwe argumenty przeciwko Bogu, jakie wytoczyli filozofowie egzystencjaliści i materialiści ubiegłego stulecia, odebrała ona – w sposób intuicyjny – jako cios prosto w serce. Jad wszelkich wątpliwości i negacji Boga rozlegał się w jej wnętrzu, wywołując bolesną skargę: Nigdy nie uwierzyłabym, że można tak cierpieć… W czasie dni wielkanocnych, dni tak radosnych, Jezus dał mi odczuć, że rzeczywiście są ludzie, którzy nie mają wiary. Pozwolił, by duszę mą osaczyły nieprzeniknione ciemności, i by myśl o Niebie, tak dla mnie radosna, zamieniła się w źródło zmagań i udręk…. Mam wrażenie, że ciemności, zapożyczając głosu grzeszników, mówią do mnie drwiąco: „Marzysz o światłości, o ojczyźnie nasyconej upojnymi zapachami, marzysz o wiecznym posiadaniu Stworzyciela wszystkich tych cudowności – myślisz, że opuścisz kiedyś mgły, w których żyjesz? No to pójdź, pójdź, raduj się ze śmierci, która da ci nie to, czego w nadziei oczekujesz, lecz noc jeszcze ciemniejszą, noc nicości”. Czyż to doświadczenie nie zanurzało ją w beznadziejność świata, wyrzekającego się Boga? Czy jej heroiczna wiara i nadzieja nie były pokonywaniem owej beznadziejności? Oto inny przykład: Marta Robin. Ona również przeżyła noc wiary i pokus, mającą wartość nie tylko dla niej samej, ale dla całej ludzkości. Została oczyszczona duchowo w wieku trzydziestu lat, była już niejako „gotowa” do spotkania z Bogiem w wieczności, a jednak przeżyła na ziemi jeszcze pięćdziesiąt lat. Nikt się nie dowie, co naprawdę przeszła w ciągu tych wszystkich bezsennych nocy (nie spała bowiem, nie jadła i nie piła – żywiła się Eucharystią). Jedno wiadomo: dzięki tym nocom powstały „Ogniska miłości” – wspólnoty chrześcijańskiego życia, rozwijające się obecnie na wszystkich kontynentach. Pan zapewnił ją, że „ogniska” te przyczynią się do odnowy nie tylko Kościoła, ale także całego świata. I faktem jest, że mnożą się świadectwa nawróceń tysięcy, dziesiątek tysięcy osób… Święci przekraczają granice normalnej wytrzymałości ludzkiej, aby pokazać, że nie ma takiego obszaru człowieczeństwa, którego nie mógłby nawiedzić Bóg. Nie wszyscy jednak prowadzeni jesteśmy drogą tak gęstych ciemności. Lecz niepodobna, aby w części nie nawiedziły nas one na pewnym etapie wiary. Po okresie radosnego kroczenia wraz z Panem, przychodzi poczucie Jego oddalenia i nieobecności. Nagle czujemy się zdezorientowani i opuszczeni, a najmniejsze przeciwności życiowe sprawiają, że budzą się dawne lęki, obsesje, zahamowania, chęć ucieczki i zamknięcia się w sobie. Wychodzą na wierzch stare urazy i zranienia w sferze emocji i uczuć. Człowiek spanikowany, którego nagle ogarnia niepokój, sięga po leki, których spożycie w świecie osiąga imponujące rozmiary i z każdym rokiem wciąż wzrasta. Nieraz leki są potrzebne i wskazane, oby tylko nie przekreśliły tej niezwykłej okazji wzrostu, jaki stan wewnętrznego cierpienia ze sobą niesie. To trudne do zniesienia doświadczenie zachęca bowiem do wypłynięcia na głębię, do pójścia o jeden krok dalej w ufności wobec Wszechmogącego. Jeśli prawdą jest, że nawet jeden włos z głowy nie spada nam bez Jego wiedzy, to z całą pewnością wszystko to, co nam się przydarza, nie jest Mu obce. W swej pedagogii, z myślą o Niebie, Bóg oczyszcza w nas miłość, jaką kochamy i pozawalamy się kochać przez Niego i przez ludzi. Trudności zewnętrzne, prześladowania, upadki, upokorzenia, lęki – oto okazje, by kochać i trwać w nadziei – mówi pewna wierząca lekarka, psychiatra. W górę serca – wszyscy pogrążeni w depresjach, lękach i smutkach egzystencjalnych! Nie ma takiej trwogi, której nie doświadczyłby Jezus, wyznający w Ogrójcu: smutna jest moja dusza, aż do śmierci. Nie ma takiej rozpaczy, której nie przeżyłby On na Krzyżu, i której nie zdołałby rozświetlić blask Wielkiej Nocy.