Radio Chrystusa Króla




Jezuniu Moja Miłości

PIĘKNY WIERSZ O RÓŻANCU

„W małej izdebce, tuż obok łóżka,

Z różańcem w ręku klęczy staruszka

Czemuż to babciu mówisz pacierze?

Bo ja w ich siłę naprawdę wierzę.

 

Wierzę, że te małe paciorki z dębiny

Moc mają ogromną, odpuszczają winy

Gdy zawiodą lekarze, gdy znikąd pomocy

Ja,grzesznik niegodny, korzystam z ich mocy

 

Pierwsza dziesiątka jest za papieża

Niech nami kieruje, Bogu powierza.

Druga w intencji całego Kościoła

Modlitwą silny wszystkiemu podoła.

 

Trzecia za męża, co zmarł i już jest w niebie

A może w czyśćcu, lub większej potrzebie

Czwartą odmawiam w intencji syna…

Przy tych słowach staruszka płakać zaczyna

 

Był dobry chłopak, lecz od ojca pogrzebu

Odwrócił się od Boga, złorzeczył niebu

Nie rozumiał, że Bóg w swojej miłości

Dał wolną wolę dla całej ludzkości.

 

Zaś człowiek dar ten bezcenny i hojny

Zamienił na chciwości, wyzysk i wojny

I teraz, gdy wypadek czy wojenna trwoga

Nie wini siebie, lecz zawsze Boga.

 

Myślałam, że syn, gdy założył rodzinę,

Gdy wziął na ręce swą pierwszą dziecinę,

Zrozumiał swe błędy, cel odnalazł w życiu

Lecz on mimo rodziny, pogrążył się w piciu.

 

Awantury, alkohol, płacz i siniaki

Czemu swym dzieciom los zgotował taki?

Nie było miłości, pieniędzy, jedzenia,

Spokój był tylko, gdy szedł do więzienia.

 

Ja zaś przez lata biorąc różaniec do ręki,

Bogu polecam swych wnucząt udręki,

Lecz syn w nałogu trwał dalej uparty,

Z czwartej dziesiątki robił sobie żarty.

 

„Lepiej piątą odmawiaj sama za siebie

Bo żyjesz tylko o wodzie i chlebie.

Na nic te posty i twoje modły,

Bo los już taki musi być podły.”

Mobilizacja opinii publicznej

O tym, jak ważną rolę w demokracji spełnia opinia publiczna przekonał się już niejeden polityk, który się jej
naraził i doświadczył konsekwencji złych nastrojów społecznych. Czasami przejawiało się to chwilowym
spadkiem w sondażach, a innym razem poważniejszymi reperkusjami. Za przykład może nam posłużyć
Włodzimierz Cimoszewicz, który swoją niefortunną wypowiedzią w czasie powodzi z 1997 roku zatopił własny
rząd i SLD, gdy na pytanie o odszkodowania rządowe odparł, że „trzeba było się ubezpieczyć”. Także jedną z
przyczyn porażki Bronisława Komorowskiego w 2015 roku była jego głupia odpowiedź na pytanie młodzieńca,
który chciał się dowiedzieć, w jaki sposób jego siostra zarabiająca 2 tys. zł ma sobie kupić mieszkanie.
(P)rezydent „poradził” mu wtedy, że „powinna wziąć kredyt i zmienić pracę”, co w ówczesnych warunkach
musiało zakrawać na jawną kpinę. Oczywiście nie twierdzę, że podobne wpadki są w stanie zmieść ze sceny
politycznej każdego głupca, który je popełnia, ale są one przysłowiową „kroplą, która przepełnia czarę
goryczy”. Tym bardziej, gdy zaistnieje odpowiedni kontekst społeczny i znajdzie się ktoś, kto zechce to
wykorzystać. Jeśli w dodatku posiada odpowiednią tubę propagandową, to wtedy może zadać dotkliwy cios.
Tak właśnie stało się w obu tych przypadkach, ponieważ opozycja wykorzystała dogodny pretekst do ataku. I
pomimo tego, że powód był dość trywialny, to jednak rozpętana kampania medialna okazała się na tyle
skuteczna, że przyczyniła się do klęski wyborczej SLD i Komorowskiego.


Jeszcze większą siłę rażenia miała ujawniona w 2014 roku „spektakularna” afera związana z
podsłuchanymi rozmowami biznesmenów i polityków z PO, którzy podczas schadzek w restauracji Sowa &
Przyjaciele z nieskrępowaną szczerością obnażali prawdziwe oblicze świata polityki i załatwiali brudne interesy
kosztem dobra publicznego. Nie była to pierwsza, ani ostatnia afera taśmowa, co dowiódł niedawny skandal
związany z szefem KNF, który próbował wyłudzić ogromną łapówkę od szemranego bankiera. Grę
podsłuchami zapoczątkowała sprawa Rywina, nagranego przez Michnika, gdy składał mu propozycję
korupcyjną w imieniu SLD. Co prawda, nie była to afera na miarę amerykańskiej Watergate, ale wywołała na
tyle silne emocje w społeczeństwie, że przyczyniła się do klęski postkomunistów, którzy już nigdy nie odzyskali
wcześniejszej kondycji politycznej. Była także impulsem do powołania pierwszej w historii III Rzeczypospolitej
sejmowej komisji śledczej, która wbiła gwoździe do trumny SLD i wywindowała na szczyty popularności paru
polityków prawicowych. Można nawet powiedzieć, że w ostatnich czasach zapanowała moda na
podsłuchiwanie i zapewne ma to związek ze spadkiem zainteresowania zasobami archiwalnymi tajnych służb
PRL-u, które nie budzą już takich emocji jak dawniej. Dlatego właśnie teczki agentów zastąpiono nagraniami
pochodzącymi nierzadko z kuchni politycznej III RP, co przykuwa uwagę mediów i wywołuje oburzenie opinii
publicznej. Jest to zrozumiałe, ponieważ podobno „ludzie nie powinni widzieć, jak robi się kiełbasę i politykę”,
bo to mogłoby u nich wywołać ostrą niestrawność… Mniej istotne są zresztą rekwizyty i dekoracje w spektaklu
odgrywanym przez trupy polityczne, a bardziej liczy się sama gra, obliczona na unicestwienie przeciwnika i ten
dreszczyk emocji, gdy zbiera się na niego haki. A jeśli zabraknie argumentów, to można przecież sfabrykować
dowody i zmanipulować przekaz skierowany do społeczeństwa, tak jak to uczyniła znana z „obiektywizmu”
stacja telewizyjna z rzekomymi urodzinami Hitlera…
Kolejnym powodem spadku popularności są rażące błędy popełniane przez rządzących, które nader
często wynikają z arogancji i chciwości, a nierzadko z głupoty i niekompetencji. Dotyczy to wszystkich bez
wyjątku ekip rządowych, bowiem złe nawyki kumulują się wraz z upływem okresu rządzenia, a swoje apogeum
osiągają pod koniec kadencji parlamentu. Wielu ludzi w momencie obejmowania władzy przez nową ekipę ma
jeszcze nadzieję, że może coś się zmieni w sposobie rządzenia krajem. Politycy zaś na początku swojego
urzędowania pokazują „ludzką” twarz i zazwyczaj trzymają na wodzy swoje żądze. Ale jak już rozsiądą się w
wygodnych fotelach i poczują „moc” sprawczą, to wtedy najczęściej zapominają o starej przestrodze, że
„pycha kroczy przed upadkiem”. Korzystają do woli z przywilejów władzy i urządzają się wygodnie na koszt
podatnika, nie przejmując się tym, jak ich rozpasany styl życia oceni społeczeństwo, któremu na osłodę
rzucają jakiś ochłap z pańskiego stołu. Procesowi degeneracji elit sprzyja niewątpliwie wiele pokus
czyhających za drzwiami salonów politycznych, ale także słabość natury ludzkiej, wzmacniana narastającym
naciskiem ze strony familii i dołów partyjnych, które przecież też chcą się nachapać.
Każda partia, która dorwała się do władzy zawdzięcza to przychylności opinii publicznej, a ta jak
wiadomo bywa kapryśna i zmienna. Demoralizacja w szeregach obozu rządzącego z natury rzeczy bardziej
obciąża wizerunek tego ugrupowania, które szło do wyborów pod hasłem sanacji życia publicznego, bo

jakiekolwiek zbłądzenie na manowce wywołuje spadek jego wiarygodności i podważa moralne prawo do
rządzenia. Gdy się słuchało wystąpień sejmowych Beaty Szydło, to można było odnieść wrażenie, że
nadeszła wreszcie „dobra zmiana” w polityce. Deklarowała bowiem w imieniu swojego rządu: „Chcemy
poprawiać życie Polaków. Rządzimy dla ludzi i dzięki ludziom, nie dla wąskich grup interesu. Wystarczy nie
kraść, rządzić uczciwie, skutecznie, dbać o finanse publiczne, mądrze zarządzać majątkiem państwa i
wspierać młodych”. Przekonywała też, że: „Polska polityka musi być inna. Pokora, praca, umiar, roztropność w
działaniu i odpowiedzialność, a przede wszystkim – słuchanie obywateli. To są zasady, którymi będziemy się
kierować. Koniec z arogancją władzy i koniec z pychą”. Dzisiaj trzeba przypominać te słowa, bowiem okazało
się, że były to puste deklaracje, a rzeczywistość pod rządami PiS-u niewiele odbiega od standardów
ustanowionych niegdyś przy Okrągłym Stole. Oczywiście można się spierać o to, która z partii rządzących była
gorsza, ale czy ma to większy sens, gdy ostatecznie „wyszło szydło z worka”…
Wiadomo, że wilczym prawem opozycji jest wykorzystywanie wszelkich błędów popełnianych przez
rządzących do podważenia ich wiarygodności i wzmocnienia swojej pozycji politycznej. Ale rządzący powinni
się wykazywać większą roztropnością. Tymczasem z wielką pazernością rzucili się na grosz publiczny, czego
najwymowniejszym przykładem były szczodrze rozdzielane nagrody dla członków ekipy rządowej. Co prawda,
premier Szydło tłumacząc się w Sejmie, wykrzyczała, że „ministrowie i wiceministrowie w rządzie PiS
otrzymywali nagrody za ciężką, uczciwą pracę i te pieniądze im się po prostu należały”, lecz społeczeństwo
odebrało to inaczej. Wpływ na to miała z pewnością kampania medialna rozpętana przez opozycję, która
wtedy poczuła krew… Jednak ten atak nie byłby tak skuteczny, gdyby nie było do tego podstaw, a te stworzyły
kwitnące patologie: nepotyzm, klientelizm i kult niekompetencji, których synonimem stały się tabuny
Misiewiczów i Martyn wdzierających się przebojem do instytucji publicznych i spółek skarbu państwa.
Sprzyjała temu również atmosfera bezkarności panująca wśród członków nadzwyczajnej kasty polityków,
upojonych wysokimi notowaniami sondażowymi i całkowicie oderwanych od życia społecznego, a także
nierozumiejących potrzeb „szarego” obywatela. Taką właśnie bezrefleksyjność wykazał Mateusz Morawiecki
opowiadając się za utrzymaniem bardzo wysokiej kwoty wolnej od podatku dla parlamentarzystów (30 tys. zł).
Stwierdził on, że: „Posłowie wykonują bardzo ciężką pracę i od 20 lat nie mieli regulacji wolnej od podatku.
Doceńmy więc ciężką pracę polityków”. I wtedy okazało się, że pazerność nie popłaca, nastąpił bowiem
spadek w sondażach i rozległ się pomruk niezadowolenia wśród „ciemnego ludu”. W tym przypadku nie
pomogły tłumaczenia, że poprzednicy też tak robili, ponieważ sukces wyborczy PiS-u był w znacznej mierze
uwarunkowany przekonaniem elektoratu o jego wyższości moralnej nad upadłą koalicją PO-PSL. Co więc
uratowało partię rządzącą od klęski wizerunkowej?
Jednym z czynników osłabiających krytykę rządu była mała wiarygodność opozycji, bo społeczeństwo
miało jeszcze w świeżej pamięci afery poprzedniej koalicji. Czujnością wykazał się także Jarosław Kaczyński,
który odczytał oburzenie społeczne, jako poważne zagrożenie dla swojej formacji i uznał, że „głos ludu jest
głosem Boga”. Dlatego zmusił dygnitarzy z PiS-u do przekazania nagród na Caritas, a przy okazji przeforsował
w parlamencie obniżenie o 20% uposażeń poselskich, co argumentował tym, że „Polacy oczekują
skromności”. W ten sposób ugaszono rozwijający się pożar, ale działanie to miało jedynie skutek doraźny,
ponieważ życie dopisało kolejne rozdziały do księgi upadku moralnego „elity” politycznej. Świadczą o tym
ujawnione wątki skandalu związanego z niebotycznymi pensjami asystentek prezesa Glapińskiego, a jak wiele
na to wskazuje, NBP nie jest jedyną instytucją dojoną przez zastępy pazernych pasożytów. W dodatku temat
powrócił na wokandę zaledwie pół roku po blamażu z nagrodami w rządzie i w parę tygodni po przemówieniu
prezesa Kaczyńskiego w Jachrance, gdzie tłumaczył swojemu aktywowi partyjnemu, jak wielkim zagrożeniem
jest zrównywanie w debacie publicznej PiS-u z PO i przedstawianie obu partii, jako równie mocno
zdemoralizowanych.
Obecny obóz rządzący swoją pozycję polityczną zawdzięcza w dużej mierze poparciu patriotycznej
opinii publicznej, wyczulonej na punkcie lojalności wobec Polski oraz szacunku dla narodowych wartości i
tradycji. Dla zdobycia władzy nie wystarczyłby „geniusz” Jarosława Kaczyńskiego czy „atrakcyjność” Andrzeja
Dudy. Tym bardziej dla jej utrzymania nie wystarczą obiecanki cacanki „złotoustego” Mateusza, ani sztuczki
speców od PR-u i nachalna propaganda „sukcesu” głoszona przez TVP Kurskiego. W 2015 roku uzyskano
zwycięstwo dzięki zaangażowaniu licznej armii patriotów, którzy uwierzyli w szczerość intencji polityków z PiS-
u i z zapałem pracowali na to, aby opinia publiczna zechciała dać szansę tej partii. Niewiele wskóraliby
aktywiści partyjni, którzy niejednokrotnie salwowali się ucieczką z wieców wyborczych. Nie pomógłby też

elektorat socjalny kupiony obietnicami transferów finansowych. O sukcesie zdecydowała postawa tysięcy
bezinteresownych wolontariuszy i poparcie tzw. twardego elektoratu. A czego oczekiwano w zamian? Polacy
przede wszystkim chcieli „dobrej zmiany” w polityce krajowej i zdecydowanej obrony naszych interesów na
arenie międzynarodowej. Tymczasem już po dwóch latach rządów PiS wyborcy doznali rozczarowania,
bowiem partia rządząca przestała realizować program, z którym szła do wyborów, a zamiast powstania z kolan
zaserwowała nam długie pasmo porażek kończących się upokarzającymi kapitulacjami przed możnymi tego
świata. W tym miejscu warto przytoczyć wypowiedź Wojciecha Cejrowskiego, jako ważny głos w dyskusji na
temat spadku wiarygodności PiS-u, bo myślę, że wyraził on odczucia wielu zawiedzionych wyborców.
Stwierdził mianowicie, że „PiS to miękkie parówki”, oraz że: „Jestem frajerem, bo dałem się PiS okraść z
mojego głosu wyborczego […]. Jestem frajerem do kwadratu, bo pomogłem (niechcący, ale jednak) Dudzie
wygrać z Komorowskim” 1 .
„Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” – głosi Ewangelia wg św. Jana. Jaka jest więc ta prawda,
która ma nas wyrwać z oparów absurdu, w których obecnie tkwimy? Myślę, że bliski prawdy jest Rafał
Ziemkiewicz, który w jednym z artykułów zalecał, aby PiS zastanowił się nad tym: Po co rządzi? Jego
zdaniem, na tak postawione pytanie: „Jedyna odpowiedź brzmi: po to, żeby rządzić. Żebyśmy to my, nie oni,
obsadzali te spółki, stołki, doili, co jest do dojenia. Bo jak nie my, to kto?” 2 . Słusznie też wskazuje na to, że po
trzech latach rządzenia konto PiS obciąża coraz większy rachunek zaniedbań i braku rozwiązań
systemowych, które mogłyby zapewnić rozwój państwu i ułatwić życie obywatelom. W dodatku zaostrzający
się wyzysk fiskalny i rozrastająca się biurokracja tłamszą wszelką inicjatywę i w konsekwencji prowadzą do
zmarnowania dużego potencjału gospodarczego, który tkwi w naszym społeczeństwie. Wiele wskazuje na to,
że ważnym elementem strategii partii rządzącej stało się dojenie rodzimych przedsiębiorców, przy
jednoczesnym dopieszczaniu obcego kapitału. Oburzające jest również nieustające wypychanie Polaków na
emigrację zarobkową i zastępowanie ich masową imigracją Ukraińców. W polityce zagranicznej zauważalna
jest natomiast postępująca rezygnacja z obrony narodowych interesów na rzecz wysługiwania się obcym
ośrodkom decyzyjnym. Czas więc zadać fundamentalne pytanie: Dlaczego mamy popierać polityków, którzy
nas oszukali?
Ziemkiewicz ma rację, pisząc, że w znacznej mierze „popularność PiS trzyma się na nieudolności PO”,
oraz że „sondażowe słupki prężą się od trzech lat i nawet rosną nie dlatego, że PiS rządzi tak dobrze, tylko
dlatego, że nie widać dla jego rządów alternatywy”. Nie możemy więc dać się zastraszyć apokaliptycznym
wizjom propagandystów rządowych, którzy straszą możliwością utraty władzy przez PiS i wendetą ze strony
rodzącego się w bólach centrolewu. Dlatego, że to właśnie nieudolność partii rządzącej przyczyniła się
najbardziej do wzrostu wpływów liberokomuny. Poza tym, to PiS porzucił swoich zwolenników
sprzeniewierzając się głoszonemu programowi oraz flirtując z lemingami, czego najwymowniejszym
przykładem są „korpo gadki” premiera Morawieckiego. Tak naprawdę nie ma się czego bać, jeśli bowiem „PiS i
PO to jest to samo zło”, to nie mamy wiele do stracenia. Stracą zaś jedynie watahy Misiewiczów i Martyn,
które chcą dorzynać liderzy opozycji. Ale czy warto rozpaczać nad losem tych darmozjadów?
Czas więc na to, aby ziścił się czarny sen prezesa Kaczyńskiego i żeby na prawo od PiS powstało
ugrupowanie, które zjednoczy ludzi dobrej woli i szczerych patriotów. Niech do jesiennych wyborów
parlamentarnych powstanie wspólna lista wyborcza, której atutem będzie oczekiwany przez społeczeństwo
program oraz liderzy cieszący się zaufaniem i nieposzlakowaną opinią. Wprowadźmy do parlamentu liczną
reprezentację patriotów, którzy będą stać na straży polskich interesów, a wtedy zyskamy silny przyczółek do
ofensywy narodowej, której celem będzie odzyskanie przez Polaków kontroli nad własnym państwem. W ten
sposób wpłyniemy także otrzeźwiająco na prominentów z PiS-u, którzy będą musieli stanąć po właściwej
stronie, albo ustąpić pola nadchodzącej awangardzie „lepszej zmiany”. Muszę przy tym zaznaczyć, że
nakreślony powyżej scenariusz nie ma na celu sklecenia jakiejś doraźnej koalicji, której jedynym zadaniem
będzie zaspokojenie niezdrowych ambicji liderów lub zapewnienie komukolwiek dostępu do koryta
państwowego. W polityce polskiej funkcjonuje już tak wielu posłów „dietetyków”, sprzedajnych karierowiczów i
pospolitych oszustów, że nie powinniśmy tworzyć nowych kreatur. Naszym celem powinno być odrodzenie
moralne świata polityki i odzyskanie przez Polskę suwerenności, co zawróci nasze państwo z drogi wiodącej
do upadku i wprowadzi je wreszcie na drogę do zasłużonej wielkości…
Wiele osób po przeczytaniu tego tekstu może zadawać sobie pytania: Czy jest możliwe zbudowanie na
prawicy nowego ugrupowania politycznego? Czy istnieją możliwości na zmobilizowanie patriotycznej opinii

publicznej? Wreszcie, czy jest szansa na sukces wyborczy? Myślę, że w dużej mierze udzieliłem już na nie
odpowiedzi, ale żeby rozwiać wątpliwości doprecyzuję jeszcze parę kwestii.
Jeśli chodzi o zdolności organizacyjne, to w środowiskach patriotycznych istnieje wystarczająco duży
potencjał ludzki, który nie został „zagospodarowany” przez PiS, aby mógł stać się fundamentem
projektowanego Stronnictwa Polskiego. Jest też sporo cennych ludzi wyrzuconych za burtę z okrętu „Dobrej
Zmiany”, którzy nie pasowali do wizji Naczelnika z Żoliborza, a jak głosi Pismo Święte, nierzadko „kamień
odrzucony przez budujących staje się kamieniem węgielnym”. Można też sięgnąć po ludzi dotychczas
niezaangażowanych w przedsięwzięcia polityczne, bo ich zaletą jest świeżość spojrzenia oraz to, że nie
zostali jeszcze zdemoralizowani kolaboracją z patologicznym systemem. Jednak, aby wymienieni ludzie byli
użyteczni dla nowej inicjatywy, to najpierw muszą przeciąć pępowinę zależności psychicznej łączącą ich z łże-
prawicą i wyzwolić się ze swoistego syndromu sztokholmskiego. Jednym słowem muszą przestać być
zakładnikami obłudnej propagandy PiS-u. Jeśli zrozumieją, że szansą dla Polski jest nowe otwarcie, to wtedy
w oparciu o nich możemy zbudować na prawicy nową jakościowo inicjatywę polityczną.
Kolejnym zagadnieniem jest możliwość zmobilizowania patriotycznej opinii publicznej, co niewątpliwie
jest jednym z podstawowych warunków zwycięstwa. Wielu ludzi może wątpić w to, czy patrioci mają
jakikolwiek wpływ na kształtowanie rzeczywistości politycznej w Polsce. Ale jest to fałszywe przeświadczenie,
które zapewne wynika z tego, że zbyt często byli manipulowani, wykorzystywani i zdradzani przez kłamliwych
politykierów, którzy wbrew składanym obietnicom nie powołali dotąd prawdziwie patriotycznego rządu.
Tymczasem bez poparcia patriotów nie zaistniałyby w polityce takie firmy jak: AWS, ROP, PiS, LPR i inne. To
ich głosy zdecydowały o wyborze trzech prezydentów: Wałęsy, Kaczyńskiego i Dudy. To właśnie poparcie
elektoratu patriotycznego dwukrotnie utorowało drogę do władzy PiS-owi, a wcześniej AWS-owi. Poza tym,
gdyby nie strach przed reakcją „ciemnogrodu”, to zapewne już dawno doszłoby do demontażu struktur
naszego państwa, rezygnacji z narodowej waluty i sprowadzenia setek tysięcy islamistów, którzy założyliby w
polskich miastach swoje getta. Polscy patrioci stanowią dużą i dynamiczną siłę, którą zademonstrowali nie
tylko w wyborach, ale także w ostatnim Marszu Niepodległości, na który przybyło do Warszawy setki tysięcy
osób. A jeśli doliczyć do tego uczestników obchodów rocznicowych 100-lecia odzyskania niepodległości,
świętujących w tysiącach miejscowości w całym kraju, to dostrzeżemy, jak wielką armię stanowią ludzie,
którym zależy na Polsce. Manifestacja tej siły nie tylko pozwoliła nam się policzyć i dodała otuchy wątpiącym,
ale również przeraziła wrogów polskości, ponieważ pokazała, że pomimo uprawianej przez dziesięciolecia
pedagogiki wstydu i zwalczania „zaplutych karłów reakcji”, to jednak nie zabito w Polakach poczucia
patriotyzmu. Naszym zadaniem musi być więc zagospodarowanie tego wielkiego potencjału energii narodowej
i skierowanie go do walki o lepszą przyszłość dla Polski i Polaków. Jestem też przekonany, że gdy wreszcie
rzucimy wyzwanie zdegenerowanej Republice Okrągłego Stołu i podejmiemy zdecydowaną walkę z
patologicznym systemem, to wtedy przyłączy się do nas wielu rodaków, którzy dotychczas byli bierni. Dlatego
zmobilizujmy patriotyczną opinię publiczną, ale nie po to, aby skorzystała z jej poparcia łże-prawica, tylko w
tym celu, aby wprowadzić do parlamentu nową jakościowo siłę polityczną.
Czy mamy do tego potrzebne siły i środki? Uważam, że pomimo ciągłego narzekania „etatowych”
malkontentów i szerzenia kłamliwych opinii przez agentów systemu, to jednak obóz patriotyczny dysponuje
dużymi możliwościami technicznymi, aby móc dotrzeć ze swoim przesłaniem do milionów Polaków. To
prawda, że ugrupowania tzw. głównego nurtu zawłaszczyły całkowicie media publiczne i komercyjne, że
dysponują wielką kasą na propagandę i tabunami speców od PR-u. Ale trzeba zauważyć, że dokonująca się
od wielu lat rewolucja technologiczna stworzyła nowe i stosunkowo tanie możliwości promocji idei. Już nie
jesteśmy skazani wyłącznie na kolportaż ulotek i plakatów, co ograniczało nasze możliwości, a poprzez
utrudnianie dostępu do radia i telewizji skazywało patriotów na marginalizację polityczną. Rozwój Internetu i
mediów społecznościowych, w których zdaniem wielu ekspertów dominuje przekaz prawicowy, daje wielkie
możliwości. W ostatnich latach powstało dużo patriotycznych portali i telewizji internetowych. W sieci
aktywnych jest bardzo wielu blogerów i youtuberów, którzy z powodzeniem „przebijają się przez lewicowy
bełkot”. Dzisiaj praktycznie każdy średnio rozgarnięty człowiek może zaistnieć w przestrzeni publicznej, a jak
wiadomo o wynikach kilku ostatnich plebiscytów wyborczych zdecydowała w dużej mierze aktywność w sieci
internetowej. Co prawda, panujący system stara się ograniczać wolność w tym obszarze, ale wywołuje to
jeszcze większą determinację u twórców i konsumentów treści internetowych, o czym świadczą masowe

protesty przeciwko ACTA. Zadbajmy więc o odpowiednią jakość, jednolitość i koordynację przekazu, a
zdominujemy Internet, co otworzy patriotom drogę do zwycięstwa.
Naszym atutem w tej walce jest nie tylko szczerość intencji i słuszność argumentów, ale także wiele
słabych stron u przeciwników. Cuchnące bagno polityki polskiej dostarcza tak wielu dowodów degeneracji
systemu, że nie trzeba się bardzo wysilać, aby uświadomić wyborcom przykrą prawdę o upadłych politykach.
Należy się tylko wyzbyć skrupułów w zakresie wykorzystania tej wiedzy, bo jakakolwiek wyrozumiałość lub
unikanie trudnych tematów działa na korzyść patologicznego układu rządzącego naszym krajem. Jedynie
„prawda może nas wyzwolić”. Dlatego korzystajmy z dorobku ludzi obdarzonych autorytetem, którzy jeżdżą po
Polsce niczym współcześni misjonarze i głoszą prawdę o stanie naszego państwa. Jest wielu cenionych
publicystów i naukowców poświęcających bezinteresownie swój talent, czas i wysiłek, aby ratować Polskę
przed upadkiem. Rozmiary tego artykułu nie pozwalają na wymienienie większej liczby osób zasłużonych w tej
dziedzinie. W związku z tym posłużę się tylko paroma sztandarowymi przykładami. Największym autorytetem
w zakresie odkłamywania stosunków polsko-żydowskich jest niewątpliwie prof. Jerzy Robert Nowak, któremu
zawdzięczamy to, że obalił podłe oszczerstwa Grossa na temat Jedwabnego, pogromu kieleckiego oraz
innych zbrodni niemieckich i komunistycznych niesłusznie przypisywanych Polakom. Stanisław Michalkiewicz
od wielu lat popularyzuje zdrowe i racjonalne zasady w życiu gospodarczym. Obalił już wiele mitów
funkcjonujących w polityce polskiej, a dzięki temu, że ostrzegł nas przed skutkami roszczeń żydowskich
forsowanych w USA za pomocą Just Act 447, to uświadomił wielu patriotom prawdziwe oblicze strategicznego
sojusznika zza oceanu. Leszek Żebrowski ma zaś ogromne zasługi na polu popularyzacji wiedzy o
Żołnierzach Wyklętych, a jego twórczość ukazuje nam prawdziwe oblicze zbrodniczego reżimu
komunistycznego. Trzeba podkreślić, że gdyby nie dokonania tych ludzi, to bylibyśmy o wiele ubożsi w
zakresie wiedzy o rzeczywistym stanie naszego życia publicznego oraz o rozmiarach penetracji „polskiej”
sceny politycznej przez „czerwone dynastie” i agentury obcych wpływów.
Jedyną drogą, którą powinni kroczyć patrioci jest droga do zwycięstwa idei silnej i suwerennej Polski,
która wymaga od nas poświęcenia i determinacji w walce z sitwą okrągłostołową. Dlatego wznieśmy wysoko
sztandar niepodległości i zjednoczmy nasze wysiłki wokół wielkiego celu, który zmobilizuje Polaków do walki o
lepszą przyszłość. W walce tej nie mogą nam jednak przewodzić „miękkie parówki”, bo znowu zostanie
zniweczony wysiłek tysięcy uczciwych ludzi, czego historia nam nie wybaczy…

Wojciech Podjacki

1 W. Cejrowski, Polsce należy się niepodległość, „Do Rzeczy”, nr 3/2019, s. 18–19.
2 R. Ziemkiewicz, Glątwa PiS, „Do Rzeczy”, nr 3/2019, s. 30–31.