Radio Chrystusa Króla




Jezuniu Moja Miłości

PIĘKNY WIERSZ O RÓŻANCU

„W małej izdebce, tuż obok łóżka,

Z różańcem w ręku klęczy staruszka

Czemuż to babciu mówisz pacierze?

Bo ja w ich siłę naprawdę wierzę.

 

Wierzę, że te małe paciorki z dębiny

Moc mają ogromną, odpuszczają winy

Gdy zawiodą lekarze, gdy znikąd pomocy

Ja,grzesznik niegodny, korzystam z ich mocy

 

Pierwsza dziesiątka jest za papieża

Niech nami kieruje, Bogu powierza.

Druga w intencji całego Kościoła

Modlitwą silny wszystkiemu podoła.

 

Trzecia za męża, co zmarł i już jest w niebie

A może w czyśćcu, lub większej potrzebie

Czwartą odmawiam w intencji syna…

Przy tych słowach staruszka płakać zaczyna

 

Był dobry chłopak, lecz od ojca pogrzebu

Odwrócił się od Boga, złorzeczył niebu

Nie rozumiał, że Bóg w swojej miłości

Dał wolną wolę dla całej ludzkości.

 

Zaś człowiek dar ten bezcenny i hojny

Zamienił na chciwości, wyzysk i wojny

I teraz, gdy wypadek czy wojenna trwoga

Nie wini siebie, lecz zawsze Boga.

 

Myślałam, że syn, gdy założył rodzinę,

Gdy wziął na ręce swą pierwszą dziecinę,

Zrozumiał swe błędy, cel odnalazł w życiu

Lecz on mimo rodziny, pogrążył się w piciu.

 

Awantury, alkohol, płacz i siniaki

Czemu swym dzieciom los zgotował taki?

Nie było miłości, pieniędzy, jedzenia,

Spokój był tylko, gdy szedł do więzienia.

 

Ja zaś przez lata biorąc różaniec do ręki,

Bogu polecam swych wnucząt udręki,

Lecz syn w nałogu trwał dalej uparty,

Z czwartej dziesiątki robił sobie żarty.

 

„Lepiej piątą odmawiaj sama za siebie

Bo żyjesz tylko o wodzie i chlebie.

Na nic te posty i twoje modły,

Bo los już taki musi być podły.”

BEZBOŻNI OSZUKAŃCZY I DARMOZJADY RZĄDZĄCY U..E. TYLKO O SWOJE PORTFELE DBAJĄ ABY MOGLI MIEĆ MILIONOWE WYPŁATY. GDZIE NIE MA BOGA, TO JEST LUCYFER I ON NIMI RZĄDZI.

Tematyka iluzji w polityce na przykładzie Unii Europejskiej jest bardzo obszerna. Trzeba powiedzieć, że propagatorzy UE okazali się niezwykle szczodrzy, jeśli chodzi o obdarzanie telewidzów i czytelników różnorakimi iluzjami na ten temat.
Chciałbym tu omówić 15 typów iluzji, nagłaśnianych w mediach:

  

01. Iluzja rzekomej unijnej pomocy dla Polski;
02. Mit szczodrości i wielkoduszności UE;
03. Mit o Niemczech jako naszym „najlepszym adwokacie”;
04. Iluzja na temat zwiększenia szans na prace po wejściu Polski do UE;
05. Mit o tym, że wejdziemy do dynamicznej struktury gospodarczej;
06. Mit o tym, jak przezwyciężymy korupcję w Polsce dzięki UE;
07. Mit o tym, że wejście do UE ułatwi nam przezwyciężenie biurokracji;
08. Mit o tym, jak wejście do UE ułatwi nam wyrównanie poziomu rozwoju, przyspieszenie rozwoju regionów zacofanych;
09. Iluzja, że wszystkie kraje w UE są traktowane na zasadzie równorzędności;
10. Mit o tym, jak wejście do UE ułatwi unowocześnienie i zdynamizowanie polskiego rolnictwa;
11. Mit o rzekomych szansach dla prosperowania i „zwycięskiego przetrwania” polskich przedsiębiorców;
12. Iluzje na temat szans na ogromną poprawę ochrony środowiska po wejściu do UE;
13. Mit o przyszłym wzroście roli polskiej nauki w UE;
14. Iluzja, że po wejściu do Unii będziemy mieli szanse na lepsze zagwarantowanie naszych interesów, renegocjowanie niekorzystnych ustaleń etc.;
15. Iluzja, iż wejście do UE sprawi, że skutecznie uda nam się „zewangelizować całą Europę”.

Wsród skrajnie iluzorycznych opowieści o szczęściu, jakie spotka Polaków po wejściu do UE, „wyróżniał się” m.in. tekst znanego publicysty i eseisty Adama Krzemińskiego, zamieszczony na łamach postkomunistycznej „Polityki” (24 lipca 1999 r.). Autor zapowiadał, że po wejściu do UE na polskich rolników spadnie jakoby prawdziwy „deszcz unijnych subwencji”. Inni autorzy lubili zapowiadać  zalew Polski lawiną euro. Prounijna dziennikarka „Gazety Wyborczej” Małgorzata Alterman obiecywała kilka lat temu, że po wejściu do UE Polacy będą mogli kandydować na burmistrzów w różnych krajach Zachodu. Przepiękna to zaiste perspektywa dla Palermo, Barcelony czy Aten, czekających na polskich burmistrzów. Tyle że, jak wiadomo, Niemcy („nasz najlepszy adwokat”) i Austria wymogły zakaz jakiejkolwiek pracy Polaków w UE przez siedem lat (tylko kilka krajów zgadza się na ewentualne zatrudnienie Polaków). Jak widać, w tej sytuacji Polacy przez siedem lat nie tylko nie będą mieli szans na stanowiska burmistrzów, ale nawet na etaty sprzątaczy.
Inny arcyiluzjonista Andrzej Olechowski 13 grudnia 2002 roku w Wiadomościach Programu 1 Polskiego Radia opowiedział, jak to kilka lat wcześniej rozmawiał z hiszpańskim ministrem spraw zagranicznych Xavierem Solana. Usłyszał wtedy od niego: „Andrzej, Unia dla takich krajów jak Polska i Hiszpania to jak pudełko czekoladek. Tam są same dobre rzeczy”.
Klasycznym przykładem podobnej panegirycznej dezinformacji o UE był tekst Jana Nowaka-Jeziorańskiego w „Newsweeku” z 17 listopada 2002 roku. Nowak-Jeziorański nie zna się na gospodarce, co nie przeszkadza mu wyrażać kategoryczne sądy, także i w tej dziedzinie, reklamować ogromnych, niepodważalnych korzyści gospodarczych, jakie staną się udziałem Polski po wejściu do UE. Na początku tekstu w „Newsweeku” Nowak-Jeziorański wystąpił ze stwierdzeniem: „Polska należała i należy do Europy rozumianej jako wspólnota wartości moralnych i materialnych, tkwiących korzeniami w Dekalogu i Ewangelii”. Nie wyjaśnił jakoś jednak, jak tych wartości przestrzega się np. w Holandii – kraju wyjątkowego „luzu” w dostępie do narkotyków i rozpanoszenia legalnej eutanazji. Rocznie w tym kraju lekarze zabijają ponad 10 tys. osób. Wszystkie one rzekomo „dobrowolnie” akceptują eutanazję. Tyle że w ostatnich latach starzy ludzie masowo przenoszą się z Holandii do innych krajów z obawy przed tym, by któryś z domowników nie zechciał poddać ich takiej „dobrowolnej” eutanazji. Nowak-Jeziorański przekonuje nas, że „otwarcie przed Polską największego na świecie rynku europejskiego, jakim jest Unia Europejska, stanowi niepowtarzalną szansę historyczną”. My aż nadto dobrze wiemy, ile kosztowało nas dotąd „otwarcie” w stosunkach z UE w ramach układu stowarzyszeniowego – ponad 69 miliardów dolarów deficytu. Największym iluzorycznym nonsensem było jednak stwierdzenie Nowaka-Jeziorańskiego o tym, że „przystąpienie do Unii Europejskiej będzie ogromnym wyzwaniem dla przedsiębiorców, robotników i rolników. Stanie się potężnym dopingiem do konkurencji i zwycięskiego przetrwania”. Trudno ocenić, na jakich konkretnych wyliczeniach gospodarczych Nowak-Jeziorański opiera swe wizje zwycięskiego przetrwania „przedsiębiorców, robotników, rolników” w sytuacji, gdy mówi się o grożbie utraty ziemi przez zdecydowaną większość polskich rolników, którzy zmienią się w mieszkańców podmiejskich slumsów; gdy grozi utrata miejsc pracy dziesiątkom tysięcy pracowników hut, kopalni, statków rybackich etc.

Wśród przykładów najbardziej bzdurnej propagandy prounijnej warto wymienić tekst, jaki ukazał się we „Wprost” 22 grudnia 2002 roku, w którym Leszka Millera za rzekome sukcesy w negocjacjach w Kopenhadze przyrównywano do roli, jaką Roman Dmowski odegrał na konferencji w Wersalu w 1919 r., gdzie ustalono zachodnie granice Polski. Przypomnę tu przy okazji wypowiedż wiceprezesa PSL-u, byłego prezesa NIK-u Janusza Wojciechowskiego: „Euroentuzjaści dużo zaszkodzili idei wejścia Polski do Unii, bo ich stawianie spraw, że właśnie Unia ponad wszystko, bo oglądanie się na warunki, spowodowało, że po prostu Unia nas zlekceważyła”.
Chciałbym w tym kontekscie przypomnieć również opinie ks. abp. Józefa Michalika, wyrażona na łamach „Niedzieli”, że „trzeba czuwać, aby nasz kraj nie stał się miejscem realizowania gospodarczych celów bogatych krajów Unii i świata. Niepokojące są zatem wprost egzaltowane opinie na temat dobra materialnego, jakim rzekomo zostaniemy obdarowani w momencie wejścia do tej wspólnoty”. Nawet publicysta „Rzeczpospolitej” Jerzy Surdykowski, były konsul w Stanach Zjednoczonych, przyznal, że u nas „tak się staramy sprostać skomplikowanym kryteriom stawianym przez bezduszną eurokrację, jakbyśmy byli tresowanym zwierzaczkiem, który skacze przez obręcze coraz wyżej i wyżej, byle tylko podchwycić nęcące smakołyki. Ten błąd popełniają zwłaszcza nasi euroentuzjaści”.

Nie będę zagłębiał się w analizy efektów sławetnego układu o stowarzyszeniu z UE z 1991 roku. Układ ten szumnie reklamowano jako porozumienie, które przyniesie asymetrię na naszą korzyść, ułatwiającą doganianie rozwiniętych krajów Zachodu. Asymetria rzeczywiście była, ale na naszą szkodę – 69 mld dolarów deficytu w stosunkach z UE, nie mówiąc o ponad 1,5 mln miejsc pracy, które stracili Polacy, a które zyskano na Zachodzie.
Niekorzystne dla nas efekty układu stowarzyszeniowego krytykowali nie tylko politycy opcji patriotycznej. Nawet były SLD-owski premier Józef Oleksy przyznał po latach, że był to układ bardzo niekorzystnie wynegocjowany dla Polski. W tym kontekście odsyłam również do artykułu znanego lewicowego ekonomisty prof. Pawła Bożyka, opublikowanego niedawno w postkomunistycznym „Przeglądzie”. Opisał on dość skrupulatnie, jak Unia Europejska wykorzystywała Polaków przez ostatnie kilkanaście lat i krytykowała skrajną defensywność polskich negocjatorów z UE. Profesor Bożyk pisał, że Polska w tych negocjacjach wciąż występowała i występuje jako ubogi krewny, który przeprasza, że śmie prosić o przyjęcie do Unii, zamiast autentycznie targować się i walczyć o równorzędne warunki. Szczególnie ostro skrytykował prof. Bożyk dokonaną przez Polskę w 1990 roku jednostronną radykalną liberalizację importu, która doprowadziła w skutkach do zalania polskiego rynku silnie dotowanymi towarami z Europy Zachodniej.
Warto w tym kontekście przytoczyć również opinię francuskiego korespondenta Bernarda Margueritte`a, wyrażona na łamach „Tygodnika Solidarność”. Margueritte pisał: „Wielu Polaków nie umie już patrzeć kategoriami władnego narodu. Wczoraj sluchali rozkazów Moskwy, teraz spełniają każde życzenie Zachodu. Często są to ci sami Polacy”. Dziś widzimy, jak postkomunistyczni politycy w szybkim wejściu do UE dostrzegają jedyną szansę na wyratowanie się od płacenia Narodowi za skutki swej fatalnej polityki, przy kompletnym załamaniu się całej gospodarki, najwyższym stopniu bezrobocia etc. Jak to celnie napisano w „Naszym Dzienniku”: „Rząd chce podrzucić Polskę do Unii Europejskiej jak złe dzieci starą matkę do przytułku, i w nogi”.
Nie tylko „Nasz Dziennik” tak uważa, używając innych słów, przyznała to sama minister do spraw europejskich Danuta Huebner, stwierdzając: „jeśli z powodu negatywnego wyniku referendum albo z innych zewnętrznych przyczyn Polska nie wejdzie do Unii, gospodarkę i budżet czekają poważne kłopoty”. Tak, czeka prawdziwa katastrofa gospodarcza, której konsekwentnie nie próbuje się zapobiegać.

Cóż zrobić jednak, kiedy Polską rządzą ludzie najwyrażniej nie mający pojęcia, jakie są interesy gospodarcze kraju, w którym rządzą, i jak należy ich bronić. A może ich to po prostu nie obchodzi. Pani minister Huebner powiedziała w zeszłym roku w wywiadzie dla “Życia”, że ogromnie trudno jest stwierdzić co to jest interes narodowy. Pani minister nie wie, co to jest interes narodowy. Doskonale wiedzą czym jest interes narodowy, niemiecki kanclerz Schroeder, francuski prezydent Chirac, wegierski premier Orban, jak to wynikało choćby z ich wypowiedzi niedawno przytaczanych na łamach “Wprost”. Unas, w Polsce nawet robotnicy ze zbrojeniówki wyrażnie okazywali że dobrze rozumieją co to jest interes narodowy. A pani minister nie wie i już.Rządy takich właśnie osób są tragedią dla Polski w czasie gdy inni nie tylko wiedzą ale wręcz brutalnie walczą o realizacje swych interesów narodowych.
Słynny polityk brytyjski była premier Margret Thatcher powiedziała niedawno „W Unii Europejskiej ten wygrywa, kto daje się najmniej wykiwać. Niestety, ze smutkiem muszę powiedzieć my, Polacy, jakoś nie należymy do tych którzy najmniej dają się wykiwać. Przypomne tu z goryczą jakże trafna po dziś dzień wypowiedż lekarza króla Jana Sobieskiego Irlandczyka O’Connora który już pod koniec XVII w. napisał: „Polacy zawsze łatwiej dadzą sie oszukać niż oszukają innych”. Nie namawiam broń Boże do tego byśmy oszukiwali innych. Apeluję tylko przestańmy wreszcie być pierwszymi naiwnymi w świecie.
Niedawno zmarły świetny socjolog prof. Andrzej Tymowski ostrzegał nas już w 1995 roku – “Kolejne ekipy rządowe stale powtarzają że dążymy do Europy ale niezbyt wiadomo czy na jej pokoje, czy raczej do sutereny lub piwnicy”. Dziś coraz wyrażniej widać, że warunki, jakie wynegocjowano z UE, kapitulancko, „na kolanach”, rzeczywiście wpychają nas w trwałą dyskryminację. Co najgorsze, konsekwentnie robi się wszystko, by Naród był utrzymywany w skrajnym niedoinformowaniu co do sytuacji, w jakiej się znależliśmy, żeby nie poznał na czas kapitulanckich warunków, jakie zaakceptowano w Kopenhadze.
Przed referendum w tak waznej dla losów Polski i Polaków sprawie powinny być wszędzie dostępne dokładne, wyczerpujące informacje o dotychczasowym stanie naszych stosunków z UE, o tym, jakie warunki stawialiśmy w negocjacjach i jakie ostatecznie przyjęliśmy. Powinny być przynajmniej trzy grube tomy takich informacji, podanych dla czytelników prostym, dostępnym językiem. Informacje te powinny obejmować wszystkie dziedziny gospodarki, od rolnictwa i przemysłu po rybołówstwo i transport. Zamiast tego mamy propagandę pod Wiatr czy bajeczki pana Woloszańskiego. Niedawno przy okazji odczytu w Lublinie zajrzałem do Księgarni Uniwersyteckiej przy UMCS. Znalazłem tam trzy wielkie rzędy książek na temat Unii, tyle że były to niemal wyłącznie pozycje o strukturach, o prawie, a tylko jedna jedyna o gospodarce, i to napisana mało przystępnym językiem.

Przechodzę teraz do omówienia wspomnianych 15 eurozłudzeń.

Iluzja unijnej pomocy
Coraz wyrażniej widać, że aż nadto przypomina ona praktykę bratniej pomocy Związku Sowieckiego w niezbyt odległych czasach. Słynny amerykański laureat Nagrody Nobla prof. Milton Friedman już w 1990 roku jakze słusznie ostrzegał na łamach wrocławskiej „Odry”: „Pamiętajcie, że cudzoziemcy nie będą inwestować w Polsce, by pomóc Polsce, lecz tylko by pomóc sobie. Cudzoziemcy powinni mieć pełną swobodę inwestowania w Polsce, ale tylko wtedy, gdy będzie to w interesie Polski”. I dodał: „Nie wyprzedajcie przemysłu, bo sprzedacie go za bezcen”.
Profesor Carl Popper, słynny politolog brytyjski, autor monumentalnego dzieła antytotalitarnego „Open Society and his enemies” („Otwarte spoleczenstwo i jego wrogowie”) już w 1993 roku ostrzegł Polak
ów na lamach „Wprost”: „Na rozkaz brukselskich biurokratów dusicie się własnymi rękami. W momencie, gdy już dopłyniecie do waszej wymarzonej Brukseli, wasze wyroby będą całkowicie niekonkurencyjne. Będziecie zalatwieni”. Dodajmy do tego, że mieliśmy dość szczególną „pomoc” UE w postaci ogromnego zalewu różnych, doskonale opłacanych i najczęściej absolutnie niekompetentnych doradców z Zachodu. Jakże słusznie ostrzegał przed tym już w 1990 roku słynny ekonomista amerykański John Kenneth Galbraith, mówiąc, że tacy doradcy, jacy przybyli do nas z Zachodu, potrafiliby doprowadzić do bankructwa nawet bogate Stany Zjednoczone. Tym bardziej więc można wyobrazić sobie skutki ich porad dla biednej Polski!
Warto przypomnieć r
ównież wypowiedz byłego szefa przedstawicielstwa Banku Światowego w Polsce Iana Humeóa, który stwierdził: „W 1990 roku można było spotkać [w Polsce – przyp. J.R.N.] ministrów zasięgających rady od niedoświadczonych świeżych absolwentów zachodnich wyższych uczelni, tylko dlatego, że przyjechali właśnie z Zachodu”.

Mit o szczodrości UE
Przypomnę tu opinie słynnego austriackiego politologa Paula Lendvaiego, który niedawno napisał w „Polityce”: „Właśnie napisałem tekst o załganiu polityki wschodniej Unii Europejskiej i o trzeżwieniu polityki zachodniej krajów przystępujacych. Słynne hasło rozszerzenia Unii Europejskiej, a zarazem pogłębiania, oznacza konkretnie walkę o władzę i pieniądze”. A więc nie żadną hojność czy szczodrość!
Bardzo polecam uważną lekturę wydanej w zeszłym roku obszernej książki byłej premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher „Statecraft”, w kt
órej dwa rozdziały były poświęcone krytycznej analizie UE. Autorka ostrzegała tam m.in. kraje Europy Środkowowschodniej przed iluzjami co do szczodrości UE. Angielski „The Times” pisał p ół roku temu o tym, jak Unia Europejska przez ostatnie parę lat terroryzowala Europę Środkową, wciąż zmuszając ją do ustępstw. Politykę UE nazwano skąpstwem i egoizmem: jednym kawior, drugim kaszanka. Kawior oczywiście dla przodujących „wielkich braci” z UE.
Zebyśmy nie widzieli jasno, jak nas się oszukuje, co chwila uruchamiane są najskrajniejsze metody manipulowania w prasie, choćby takie, jakimi „zabłysnęła” „Rzeczpospolita” w grudniu zeszłego roku przy okazji „informowania” o negocjacjach w Kopenhadze. W dniu 14 grudnia 2002 roku w „Rzeczpospolitej” pojawiło się wielkie zdjęcie premiera Millera obok napisu „Dzień dobry Europo” i umieszczonego ogromnymi czcionkami stwierdzenia: „Wszystkie zadania polskie zostały przyjęte przez Unię”. Jednak już tydzień p
óżniej w tej samej „Rzeczpospolitej”, tylko że na odległej stronie, doskonale zorientowany w negocjacjach z UE korespondent z Brukseli Jędrzej Bielecki napisał, że „żadne nasze istotne zadanie nie zostało w Brukseli przyjęte”. Takie różne oceny w jednym tygodniu? Kłamca powinien mieć przynajmniej dobrą pamięć.
W innym numerze „Rzeczpospolitej” przyznawano: „Kiedy przed laty rozpoczynaliśmy rozmowy o członkostwie, słyszeliśmy, że dostaniemy wędkę, a nie ryby. Wygląda jednak na to, że wędzisko będzie gorsze od innych, a przynęta trudna do przełknięcia”.

Mit o Niemczech jako naszym „najlepszym adwokacie”
Kilka lat temu minister spraw zagranicznych Bronisław Geremek uroczyście zapewnił o „cudzie pojednania” między Polską a Niemcami. W odpowiedzi na to pisalem, że jest raczej „kicz (fałsz) pojednania między obu krajami”, cytując taką właśnie realistyczną ocenę niemieckiego korespondenta w Polsce Klausa Bachmanna. Można by długo przedstawiać rozliczne przejawy niemieckiej dyskryminacji wobec polskich firm budowlanych i transportowych. Warto by także przypomnieć skrajną dyskryminację dwóch milionów Polaków w Niemczech przy jakże innym, wręcz uprzywilejowanym stanie kilkusettysięcznej mniejszości niemieckiej w Polsce. Można też dużo pisać o antypolskiej fali w niemieckich mediach (ponad 200 artykułów szkalujących Polskę i Polaków w związku ze sprawą Jedwabnego), czy o roli Niemiec w przeforsowaniu 7 lat zakazu pracy dla Polaków w UE.
Są tacy, kt
órzy usilnie próbują nam wmówić, jak bardzo korzystamy na stosunkach gospodarczych z Niemcami. W rzeczywistosci to Niemcy najwięcej korzystają na stosunkach gospodarczych z nami i liczą na dalsze, większe jeszcze korzyści. Niemieckie pismo „Wirtschaft-Woche” z 28 lutego 2002 roku napisało: „Opłaty, które Niemcy muszą uiszczać za każdy kraj przystępujący do Unii, tzn. również za Polskę, sfinansują się łatwo poprzez ogromne nadwyżki handlowe, które wygospodarowuje się w handlu z tymi krajami. Taniej Niemcy nie mogły kupić stabilizacji na swojej granicy wschodniej”.
Osobnym wielkim, a dziś przemilczanym problemem jest to, że wejście do UE grozi natychmiastowym uaktywnieniem niemieckich roszczeń do własności na p
ółnocnych i zachodnich ziemiach Polski, przed czym po tylekroć ostrzegali różni wybitni specjaliści polscy, na czele ze slynnym profesorem Witoldem Kiezunem.
Warto przy okazji przypomnieć, jak nasz sasiad troszczy się o „wyr
ównanie warunków konkurencji” między Niemcami a Polską. W „Rzeczpospolitej” możemy przeczytać, iż „11 mld euro darowizny na rozwój infrastruktury, łagodniejsze warunki pomocy państwa dla przedsiębiorstw, szkolenie zawodowe, wsparcie dla małych firm, to część programu, jakim w nadchodzących latach Unia Europejska obejmie graniczne landy niemieckie, po to, by wygrały w konkurencji z przedsiębiorcami sąsiedniej Polski i Czech”. Tak więc my nic nie damy dla wsparcia konkurencyjności naszych terenów graniczących z Niemcami, bo nas po prostu na to nie stać. Nadgraniczne landy niemieckie zaś zawczasu otrzymają 11 mld euro na to, by wygrały konkurencje z nami. Oto prawdziwa „równość szans”!

Iluzja wiekszych szans na prace
Warto przypomnieć świetną książkę nieżyjącego już dziś miliardera brytyjskiego Jamesa Goldsmitha „Pułapka”. Ostrzegał w niej, że nawet w dużo bogatszej od nas Hiszpanii bezrobocie znacząco skoczyło po wejściu do UE. Dziś różne państwa UE przeżywają trudną sytuację gospodarczą. Zachodnie kraje przeżywają najgorszy okres w rozwoju gospodarczym od dziesięcioleci, mają miliony bezrobotnych. Tym bardziej wiec nie są zainteresowani w dawaniu Polakom jakichkolwiek miejsc pracy u siebie.
Coraz częstsze są trzeżwe oceny w stylu tekstu Macieja Letowskiego, zamieszczonego na łamach „Rzeczpospolitej” z 16 stycznia 2003 roku, głoszącego, że „modernizacja polskiej wsi ujawni ukryte na niej bezrobocie i wypchnie na rynek poza rolniczej pracy miliony ludzi”. Letowski pisal r
ównież o zapowiedziach likwidacji kopalń i odejściu z górnictwa 25 tys. ludzi, o grożbie likwidacji szeregu hut etc. Redukcja zatrudnienia ogarnia coraz więcej dziedzin pracy. Przypomnę tu, że już parę lat temu mało nagłośniony w Polsce raport Komisji Europejskiej ostrzegał, że po wejściu Polski do Unii nastąpi szybki wzrost bezrobocia Polaków pracujących w zakładach państwowych lub niedawno sprywatyzowanych.

Mit o dynamicznej strukturze UE
W kontekście tego mitu przytocze to, co niedawno przeczytałem na łamach lewicowo-liberalnego „Newsweeka”: „Unii nie udało się przełamać wielu państwowych monopoli w takich dziedzinach jak transport, komunikacja czy energetyka. Z perspektywy USA czy Unii, Europa Zachodnia wygląda na region mocno dziwaczny. To zaledwie 1/3 wzrostu prognozowanego w Stanach Zjednoczonych. Tym, co szczególnie wyróżnia Unie Europejską wśród państw wysoko rozwiniętych jest brak ducha przedsiębiorczości”. To od nich mamy się uczyć?

Mit o przezwyciężeniu korupcji
Ksiądz biskup Tadeusz Pieronek powiedział 6 lutego 2002 r.: „Unia Europejska jest po prostu zespołem krajów, które zdecydowały się na rozwój i postawiły na pracowitość ludzką, na uczciwość (…)”. Gdyby rzeczywiście tak było… Niestety, jest aż nadto wiele informacji podważających tezy o uczciwości w Unii Europejskiej. Polecam tu w szczególności książkę Holendra Paula van Buitenena „Oszustwa bez tajemnic. Korupcja w Unii Europejskiej” (Wroclaw 2002). Jest to książka slynnego urzędnika UE, który wydał wojnę korupcji w Unii i doprowadził dzięki ujawnieniu różnych tajnych dokumentów do upadku całego poprzedniego składu Komisji Europejskiej (czyli faktycznego rządu UE). Była premier Anglii M. Thatcher bez ogródek pisze o skandalicznym poziomie korupcji w UE. W tygodniku „Wprost” niedawno ukazał się artykuł pt. „Lepkie ręce Europy”, gdzie stwierdzono: „Niektóre państwa Unii Europejskiej są bardziej skorumpowane niż rządzone przez kacyków kraje afrykańskie”. Nie jest więc to chyba najlepszy wzór uczciwości dla nas.

Mit o przezwyciężeniu biurokracji
Znów można by bardzo długo pisać o rozmiarach zbiurokratyzowania Unii Europejskiej. To regulowanie wielkości ogórka, kształtu krzywizny banana etc. Nawet slłwetny Jefrey Sachs, ten od narzuconego nam planu Sorosa – Sachsa – Balcerowicza, ostrzegał, że „uregulowania unijne mogą okazać się petlą nałożoną na szyje młodych, rozwijających się gospodarek”.

Mit o wyrównaniu poziomów rozwoju
Mamy w tym kontekscie aż nadto wymowny przykład Niemiec Wschodnich, które po zjednoczeniu z zachodnimi landami padły gospodarczo w efekcie konkurencji towarów z Niemiec Zachodnich. A przecież zainwestowano tam wiele miliardów zachodnich marek. Tymczasem polskie tereny po włączeniu w sklad UE na żadną taką hojna pomoc nie mogą liczyć.

Iluzja równego traktowania
Przypomnę tu opinie niemieckiego korespondenta w Warszawie Klausa Bachmanna: „C
óż to za Unia Europejska, w której istnieje podział na europejczyków pełnoprawnych – z zachodu, niepełnoprawnych – ze wschodu?”.

Mit o unowocześnieniu i zdynamizowaniu polskiego rolnictwa po wejściu do UE
Istnieje aż nadto wiele dowodów, że UE wcale nie życzy sobie zdynamizowania polskiego rolnictwa – po co jej silna polska konkurencja. Narzucane nam limity, bardzo mocno ograniczające produkcje rolna, mają służyć właśnie temu, żebyśmy byli na stałe importerami zachodnich produktów rolnych, a nie eksporterami. Przypomnijmy, że już w „Gazecie Wyborczej” z 10 marca 1998 roku przytoczono stwierdzenia raportu Allana Buckwella, eksperta UE do spraw rolnictwa, że UE będzie dążyć do zmniejszenia polskiej produkcji rolnej. Specjalistka „Gazety Wyborczej” od spraw rolnictwa Krystyna Naszkowska pisała w „GW” z 14 marca 2002 roku, że „zdobycie nowych rynków zbytu jest dla Unii dobrym interesem. Im te rynki będą miały mniejszą własną produkcję rolną, tym interes będzie dla państw członkowskich Unii lepszy (…). Dlatego [Unia – przyp. J.R.N.] chce ograniczyć, ile się da, produkcję żywności u nas, by nie musiała jej ograniczyć we Francji czy w Niemczech”.

Mit o rzekomym „zwycięskim przetrwaniu” polskich przedsiebiorców
Obawiam się, żeby nie było ono tak „zwycięskie”, jak dotąd – przypomnę np. upadek wszystkich większych przedsiębiorstw w Łodzi w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Ci, którzy liczą na pomoc unijną dla przedsiębiorstw, zapominają o tym, że decyzje pomocowe o ewentualnej dotacji dla przedsiębiorstwa będą rozstrzygać się 2 tys. km stąd (por. K. Niklewicz, „Czternaście mgnień Brukseli”, „Gazeta Wyborcza” z 28 czerwca 2002 roku).

Iluzje na temat ogromnej poprawy ochrony środowiska
Zapomina się tu, jak wiele unijnych zaleceń w sprawie ochrony środowiska jest zupelnie nieprzystosowanych do konkretnej sytuacji w Polsce, za to ogromnie kosztownych. Warto pamiętać też o coraz liczniejszych ostrzeżeniach polskich ekologów w tej sprawie, np. wiceprezesa Warszawskiego Instytutu na rzecz Ekorozwoju Krzysztofa Kamienieckiego, który stwierdzil: „Akceptujemy unijne prawo, ale jego wdrażanie w niektórych wypadkach zagrozi środowisku. Polscy ekolodzy narzekają na tzw. rozwiązanie końca rury, czyli przestarzałe przepisy, mówiace, co robić ze ściekami czy zanieczyszczeniami, a nie, jak redukować ich powstanie. Należy najpierw nauczyć ludzi oszczędzać wodę, dzięki temu zmniejszyłaby się ilość ścieków itd.”.

Mit o przyszłym wzroście polskiej nauki w UE
Przypomnę tu wiele mówiące uwagi z książki prof. Andrzeja Karpinskiego o Polsce i Unii Europejskiej. Andrzej Karpiński pisał tam, jak w zakładach prywatyzowanych, kupionych przez nabywców z Zachodu, w przeważającej mierze zlikwidowano istniejące w nich przedtem polskie zaplecze naukowo-badawcze. Przedsiębiorcy z Zachodu po prostu uznali, że takie polskie zaplecze jest im zupełnie niepotrzebne, mają wszak swoich naukowców, którzy dostarczą Polakom gotowe wzorce z Zachodu. Z kolei niejednokrotnie można było przeczytać, choćby w korespondencjach Jędrzeja Bieleckiego z „Rzeczpospolitej”, o takich absurdach, iż biedna Polska dopłaca do badań naukowych znacznie bogatszych krajów UE. Po wejściu do Unii polska składka ma się jeszcze wydatnie zwiększyć.

Iluzja o lepszym zagwarantowaniu interesów Polski po wejściu do Unii
Fakty wykazały, że dużo silniejsze od nas kraje, takie jak Wielka Brytania, nie mogły zmienić po wejściu do UE wcześniej ustalonych warunków. Iluzja jest więc nadzieją, że mogłoby to się udać Polsce.
Iluzja, że po wejściu do Unii „pomożemy zewangelizować całą Europę”
Zastan
ówmy się nad tym, jakie będą polskie szanse na „ewangelizowanie” Europy Zachodniej przy zdominowaniu mediów przez siły lewicowo-liberalne. Przecież już teraz dochodzi do dofinansowania ze środków unijnych ruchu homoseksualistów itp. Wspomnijmy też o różnych zabezpieczeniach dla wspierania prounijnej „poprawnosci politycznej”, o istnieniu w UE różnych praw mających godzić w eurosceptyków. Ewa Polak-Palkiewicz pisała w „Niedzieli” z 21 kwietnia 2002 roku o możliwości nadużywania oskarżeń o „ksenofobie” dla rozprawiania się z przeciwnikami UE, nawet grożby, że przeciwnicy UE mogą zostać uznani za równie niebezpiecznych dla społeczeństwa jak terroryści. Można też obawiać się, że wraz z przyłączeniem do UE coraz szerszy będzie zakres cenzurowania „niepoprawnych politycznie” książek i czasopism, także dzieł narodowej klasyki, które będzie można usuwać jako anachroniczne i nacjonalistyczne. Dla przykładu, będzie się dążyć do usunięcia Sienkiewicza, już dziś tak atakowanego przez różnych naszych „europejczyków”. Można więc będzie usuwać „nacjonalistyczne dzieła”, przeszkadzające w „proeuropejskiej edukacji”, bo „Ogniem i mieczem” zostanie uznane za książkę antyukraińską, „Potop” za antyszwedzką, „Krzyżacy” za antyniemiecką, „Dziady” za antyrosyjską, „Konrad Wallenrod” i „Grazyna” za antyniemiecką, „Warszawianka” i „Noc listopadowa” za antyrosyjską.
Ostrzegam przed grożbą tego typu „poprawnej politycznie” cenzury. Być może niektórym takie obawy wydadzą się nieuzasadnione. Radzę więc im spojrzeć na przykłady z USA, gdzie potrafiono cenzurować nawet sztuki Szekspira, uznając je za niebezpieczne, no bo „Ottello” był jakoby antymurzyński,

„Kupiec wenecki” antysemicki , prof. Jerzy Robert Nowak.