Radio Chrystusa Króla




Jezuniu Moja Miłości

PIĘKNY WIERSZ O RÓŻANCU

„W małej izdebce, tuż obok łóżka,

Z różańcem w ręku klęczy staruszka

Czemuż to babciu mówisz pacierze?

Bo ja w ich siłę naprawdę wierzę.

 

Wierzę, że te małe paciorki z dębiny

Moc mają ogromną, odpuszczają winy

Gdy zawiodą lekarze, gdy znikąd pomocy

Ja,grzesznik niegodny, korzystam z ich mocy

 

Pierwsza dziesiątka jest za papieża

Niech nami kieruje, Bogu powierza.

Druga w intencji całego Kościoła

Modlitwą silny wszystkiemu podoła.

 

Trzecia za męża, co zmarł i już jest w niebie

A może w czyśćcu, lub większej potrzebie

Czwartą odmawiam w intencji syna…

Przy tych słowach staruszka płakać zaczyna

 

Był dobry chłopak, lecz od ojca pogrzebu

Odwrócił się od Boga, złorzeczył niebu

Nie rozumiał, że Bóg w swojej miłości

Dał wolną wolę dla całej ludzkości.

 

Zaś człowiek dar ten bezcenny i hojny

Zamienił na chciwości, wyzysk i wojny

I teraz, gdy wypadek czy wojenna trwoga

Nie wini siebie, lecz zawsze Boga.

 

Myślałam, że syn, gdy założył rodzinę,

Gdy wziął na ręce swą pierwszą dziecinę,

Zrozumiał swe błędy, cel odnalazł w życiu

Lecz on mimo rodziny, pogrążył się w piciu.

 

Awantury, alkohol, płacz i siniaki

Czemu swym dzieciom los zgotował taki?

Nie było miłości, pieniędzy, jedzenia,

Spokój był tylko, gdy szedł do więzienia.

 

Ja zaś przez lata biorąc różaniec do ręki,

Bogu polecam swych wnucząt udręki,

Lecz syn w nałogu trwał dalej uparty,

Z czwartej dziesiątki robił sobie żarty.

 

„Lepiej piątą odmawiaj sama za siebie

Bo żyjesz tylko o wodzie i chlebie.

Na nic te posty i twoje modły,

Bo los już taki musi być podły.”

Kościół to szpital polowy – my leczymy rany cięte i postrzałowe, a nie cholesterol!

O. Agostino Lewandowski: Kościół to szpital polowy – my leczymy rany cięte i postrzałowe, a nie cholesterol!

Gloria Tibi Trinitas et captivis libertas! Chwała Tobie Trójco Święta i wolność uwiezionym! To dewiza mojego zakonu Trójcy Świętej – Ordo Sanctissimae Trinitatis (Trynitarze) założonego ponad osiemset lat temu w czasach wypraw krzyżowych.

Bulla Papieża Innocentego III zatwierdzonego i przeznaczonego do wykupu chrześcijan z niewoli muzułmańskiej. Trynitarze zakładali konwenty głownie w miastach portowych Morza Śródziemnego i działali głownie w Afryce Północnej, Ziemi Świętej i Bliskim Wschodzie. Od Marrakeszu poprzez Algier, Jerozolimę po Konstantynopol. Apostolat był konkretny – wykup niewolników. Dziś po ośmiuset latach, w co trudno uwierzyć, charyzma mojego zakonu jest jeszcze bardziej aktualna niż w czasach wypraw krzyżowych. A teren działania jeszcze się powiększył.

Ludzie sobie nie zdają sprawy w ilu miejscach na świecie Chrześcijanie są prześladowani i mordowani ze względu na swoją wiarę. O czym się oczywiście nie mówi, bo i po co ktoś miałby poznać prawdę. Są miejsca gdzie ludzie za noszenie krzyżyka są męczeni i zabijani, a i tak noszą. Gdyby o tym co niektórzy wiedzieli, to by się ugryźli w język zanim by coś palnęli na temat religii.

Zawsze kiedy jestem na placu św. Piotra i widzę te różnokolorowe tłumy myślę jak się to wszystko zaczęło. Szczególnie o Piotrze. W momencie próby – stchórzył, zachował się jak ostatnia menda. On wybrany pośród wybranych, skłamał, zdradził i zaparł się swojego mistrza. I żeby to raz!! Ale trzy razy!!! Nie! – przysięgam nie znam go – zaklinał się. To na „czymś” takim Jezus chciał zbudować swój Kościół?! Najbardziej wtedy cieszył się diabeł, bo jeszcze nic się nie zaczęło a wszystko się skończyło. Ale kiedy czytamy Ewangelie dwie strony dalej, Jezus po swoim zmartwychwstaniu  spotyka się z Piotrem i pyta go: czy mnie kochasz? – pyta go trzy razy. Biedny Piotr rozpłakał się i powiedział: panie ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Paś baranki moje.

Kościół to nie budynki, caritas, biskupi, księża, to nie tylko to – to miłość i przebaczenie

Kościół od dwóch tysięcy lat: bity, kopany, opluwany, wyszydzany, prześladowany, torturowany – stał, stoi i będzie stał do końca świata!!! Bo jest zbudowany na miłości. Kościół to nie budynki, caritas, biskupi, księża, to nie tylko to – to miłość i przebaczenie. Nie ma takiej mocy w tym uniwersum zdolnej zwyciężyć miłość. My tej wzajemnej miłości potrzebujemy. Znajdźcie mi kogoś, kto jest gotowy oddać swoje życie za demokracje, albo konstytucję, albo tolerancję, za równość, za Parlament Europejski, …nie znajdziecie. A ja wam znajdę setki osób gotowych i oddających swoje życie za wiarę!!! Swoją wolność za kościół!!

Parę lat temu powiedział Papież do zakonników: przestańcie kontemplować wnętrza swoich klasztorów, ruszcie się, bo ludzie czekają. Kościół to szpital polowy – my leczymy rany cięte i postrzałowe, a nie cholesterol.

Mamy być z tymi na pierwszej linii frontu. A wielu z nich dostaje się do niewoli. Ja nie mówię tu o niewoli symbolicznej, od narkotyków, alkoholu, seksu, hazardu, internetu etc. Samo wyliczanie tego już przeraża. I walka z tym jest wielkim duchowym wyzwaniem. Czy prawdziwych zniewoleń złem – opętań. Moi współbracia Trynitarze tradycyjnie apostołują na tym terenie jako egzorcyści. Ja sam od ośmiu lat, głównie w naszym klasztorze w Cori pod Rzymem, asystuję przy egzorcyzmach. Aż trudno uwierzyć jaką skale ma ten problem, to wyzwanie do walki ze złem. Ja sam przeszedłem w tym temacie długą drogę od niedowiarka i wielkiego sceptyka po uświadomienie sobie, że tak naprawdę to jesteśmy w stanie wojny.

Kiedy mówię o niewoli, to mam na myśli niewolę dosłowną. Tym ludziom można (trzeba) pomoc, trzeba ich wykupić. W jednym z krajów w Afryce Północnej były takie słynne samochody kontenery. Nielegalnych chrześcijańskich emigrantów, głównie z Sudanu i Erytrei, zamykano w obozach potem ich pakowano w te kontenerowce; dzieci, kobiety, mężczyzn, bez jedzenia i wody i wywożono na odległość trzech dni w głąb pustyni. Kto przeżył ten przeżył, resztę dobijali Tuaregowie albo brali sobie jako niewolników. Można niektórych było uratować. Na tym odcinku z obozu do kontenera…trzeba było dać łapówę sto, sto pięćdziesiąt dolarów za osobę zapakować ją do swojego auta i się zawijać. Znam hiszpańskie zakonnice, które z dużym powodzeniem praktykowały ten rodzaj „apostolatu”. Siostry te, (w odróżnieniu od wielu dzisiejszych mądrali co to jadą po kościele przy każdej okazji), jak mówi hiszpańskie powiedzenie: miały „cojones” (część ciała typowo męska). – Niestety to był tylko niewielki procent tych, którym udało się pomóc. I to nie był koniec. Trzeba było coś dalej z nimi zrobić, gdzieś ich „przeszmuglować” gdzie by mogli jakoś normalnie żyć. To tyko jeden z wielu przykładów na to, że są ludzie, którzy potrzebują naszej pomocy i ze można im pomóc. Metody są co prawda niekonwencjonalne ale najważniejsze, żeby były skuteczne.

Kiedy tak posłucham w mass mediach tego krytykanctwa i ataków na kościół ze strony ludzi, którzy by się posikali ze strachu, jakby zobaczyli pająka, albo skorpiona i np. pomyślę o naszych siostrach zakonnych które podczas wojny w Libii uratowały setki ludzi z narażeniem życia (też muzułmanów), to mnie pusty śmiech ogarnia na myśl o tych ignorantach, nie mających zielonego pojęcia o wielu sprawach.

Jak Pan Bóg pozwoli niedługo mam jechać do Indii odwiedzić moich współbraci Trynitarzy, którzy pracują tam z najbiedniejszymi jak i z prześladowanymi ze względu na wiarę. Ja miałem to szczęście być już w paru miejscach i wiem, że oni tam mają dość ciasno. Potrzebują pomocy. Pomyślałem, że gdyby ktoś chciał ewentualnie zamówić jakąś intencję mszalną, którą oni by tam w dalekich Indiach odprawiali w swoich wspólnotach, byłaby to najlepsza pomoc. Modląc się w naszych intencjach czuli by się z nami zjednoczeni i nie mieli poczucia opuszczenia czy samotności. Tak sadze, a jest to ważne. Nie pojedziecie, do Pakistanu, Indii czy Libii. Pojadę ja czy inni, a wy poczujcie się częścią tej pięknej rzeczywistości jaka jest Kościół Powszechny. Gdybyście tylko mogli ogarnąć całość!!! Wierzcie mi – my naprawdę nie mamy czego się wstydzić (bo pomału zaczynamy) my możemy być tylko dumni z tego, ze jesteśmy wierzącymi katolami!!

Papa Wojtyła gdzie nie pojechał zawsze ludziom powtarzał – corragio – odwagi !! I ja to dzisiaj powtarzam – nie bójcie się – corragio!! Pamiętajcie: odważni nie żyją długo – ale tchórze nie żyją wcale!!!

Od Administracji:
Wiele osób chce zamawiać różne Msze św., ale albo ksiądz nie przyjmuje już intencji (zwłaszcza tych o uwolnienia pokoleń albo nie ma już miejsca, czasu czy możliwości np. nie ma jak odprawić Mszy św. gregoriańskich). Ojciec Agostino ma możliwość zawiezienia tych intencji do swoich współbraci w Indiach). Jeśli ktokolwiek ma chęć czy ochotę – podaję link do profilu Padre Agostino na fb i każdy może sam się skontaktować z ojcem.
A mnie to się marzą rekolekcje z Padre Agostino (np. w górach lub nad morzem lub w Cori pod Rzymem), tyle, że trzeba o tym pomyśleć kilka ładnych miesięcy naprzód, bo Padre dziś w Kazachstanie, jutro w Austrii a pojutrze w Las Palmas…

Św. Ojciec Pio: stygmaty ukryte i widzialne. Transwerberacja, stygmatyzacja i doświadczenie ostrza wbitego w serce

Obok stygmatów Ojca Pio nie sposób przejść obojętnie. Są one albo wielkim znakiem danym od Boga w naszych czasach – kolejnym przypomnieniem, że On jest, kocha i działa, albo zwykłym oszustwem czy też wytworem chorej psychiki. Innej możliwości nie ma!

Za rok, we wrześniu 2018 roku, minie sto lat od chwili, gdy na ciele Ojca Pio na stałe  pojawiły się rany…


Nosił je przez pół wieku aż do śmierci, której pięćdziesiątą rocznicę będziemy obchodzili również w przyszłym roku.
Brakuje do tej pory polskiego opracowania poświęconego stygmatom Ojca Pio. Pragniemy zapełnić tę lukę cyklem artykułów poświęconych ranom Stygmatyka, a jeśli Pan Bóg pozwoli, również książką, która ukaże się za kilka miesięcy.
Badając sprawę stygmatów Ojca Pio, natrafiamy na olbrzymią dokumentację. Pisał o nich w listach do swych kierowników duchowych, do ojca Agostina i ojca Benedetta, a ci z kolei do przełożonego generalnego zakonu oraz ojca Eduardo d’Alençon, wybitnego teologa i znawcy duchowości franciszkańskiej, oraz do siebie nawzajem. Temat stygmatów pojawia się w sprawozdaniach z sesji zarządu kapucyńskiej prowincji Foggii, w oficjalnych i osobistych notatkach braci, którzy widzieli je na własne oczy, w dziennikach córek duchowych Ojca Pio oraz w dzienniku ojca Agostino. Piszą o nich w listach biskupi, przełożeni zakonni, wysłannicy Watykanu. A przede wszystkim zaświadczają o nich w swych sprawozdaniach lekarze, którzy dołożyli starań, by je zbadać na wszelkie możliwe sposoby. W Archiwum Ojca Pio przechowywanych jest siedemnaście obszernych, wielostronicowych opinii lekarskich. Każda z nich poświadcza, że stygmaty to fenomen z naukowego i medycznego punktu widzenia niewytłumaczalny…

Ból zamiast ran
Stygmaty Ojciec Pio otrzymał 20 września 1918 roku w czasie przejmującej wizji tajemniczej postaci, która włócznią przebiła jego dłonie, stopy i bok. Jednak nie jest to początek historii… Czas przygotowania do tego wydarzenia trwał dokładnie osiem lat (wrzesień 1910 – wrzesień 1918). Okres ten często jest nazywany czasem stygmatów niewidzialnych, choć znaki męki Zbawiciela i wtedy tymczasowo pojawiały się na ciele Ojca.
Pierwsze ważne wydarzenie miało miejsce pod koniec lata 1910 roku, zaledwie kilka miesięcy po święceniach kapłańskich Ojca Pio. Ósmego września 1911 roku Ojciec Pio pisał do ojca Benedetta:
„Wczoraj wieczorem przydarzyło mi się coś, czego nie potrafię ani wyjaśnić, ani zrozumieć. Na środku mych dłoni pojawiły się zaczerwienienia o kształcie małej monety. Towarzyszył temu bardzo ostry ból, dokładnie w zaczerwienionych miejscach. Był bardziej dokuczliwy w lewej ręce, tak że nawet odczuwam go do tej pory. Odczuwałem go – nieco słabiej – także w stopach.
To wszystko trwa już od roku i powtarza się regularnie, choć ostatnio był też okres, kiedy się nie powtarzało. Niech Ojciec się nie gniewa, że dopiero teraz o tym mówię. Zawsze do tej pory zwyciężał we mnie ten przeklęty wstyd. Gdyby Ojciec wiedział, jak teraz musiałem się ze sobą zmagać, by to wyznać. Wiele mógłbym opowiadać, lecz brak mi słów. Powiem tylko, że gdy znajduję się przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie, serce mi bije tak mocno, jakby niemal chciało wyrwać się z piersi.
Przy ołtarzu niekiedy czuję, jakbym cały płonął. Nie potrafię tego opisać. Najbardziej twarz, wydaje mi się, że zostaje pochłonięta przez ogień. Co to za znaki, mój Ojcze? Ja nie wiem”.

Bóg zabiera widoczne znaki
Przestraszony pojawieniem się niezwykłych ran, młody kapłan modlił się, by „Pan zabrał od niego te widoczne znaki”. I Bóg go wysłuchał. Ale choć nie były już dłużej widoczne znaki zewnętrzne, ból pozostał. Ojciec Pio odczuwał go nieustannie, szczególnie jednak we wtorki oraz od czwartkowego wieczoru do soboty. Pisał do ojca Agostina 21 marca 1912 roku:
„Od czwartku wieczorem aż do soboty, jak i w każdy wtorek trwa mój bolesny dramat. Serce, dłonie i stopy wydają się jakby przebite mieczem – tak wielki odczuwam ból”.
O swych doświadczeniach z okresu zanim na stałe został naznaczony widzialnymi stygmatami obszernie Ojciec Pio informuje ojca Agostina w liście z 10 października 1915 roku:
„Chce Ojciec wiedzieć, od kiedy Jezus obdarza swe nędzne stworzenie swymi niebiańskimi wizjami. Jeśli się nie mylę, rozpoczęły się one tuż po ukończeniu nowicjatu.
Następnie pyta Ojciec, czy otrzymałem niewysłowiony dar świętych stygmatów. Muszę odpowiedzieć na to pytanie twierdząco. Kiedy Jezus obdarzył mnie nimi po raz pierwszy, były widzialne, szczególnie na jednej dłoni, ale ponieważ ma dusza była cała przelękniona, prosiłem Pana, by zabrał zewnętrzne znaki. Od tego czasu już więcej się nie pojawiły. Jednak, mimo że rany zniknęły, nie przestałem odczuwać intensywnego bólu. […]
Ostatnie pytanie dotyczy kwestii, czy Pan pozwolił mi doświadczyć swego cierniem ukoronowania i biczowania. Odpowiedź i na to pytanie musi być twierdząca. Pyta Ojciec ile razy – nie potrafię odpowiedzieć, odważę się jedynie powiedzieć, że przeżywam takie cierpienie od kilku lat prawie co tydzień”.

Wizja tajemniczej postaci
Nieoczekiwana zmiana nastąpiła w piątkowy ranek 20 września 1918 roku. Zatopiony w modlitwie Ojciec Pio ujrzał, jak sam mówi, tajemniczą postać, z której dłoni, stóp i boku broczyła krew. Od tego dnia widoczne stygmaty nosił już przez kolejne pięćdziesiąt lat.
Postać, która otworzyła rany jego dłoni, stóp i boku, ujrzał już wcześniej w wizji 5 sierpnia 1918 roku. Pisze o niej do ojca Benedetta:
„Spowiadałem chłopców wieczorem piątego sierpnia, kiedy nagle ogarnął mnie ogromny strach na widok niebiańskiej postaci, która ukazała się oczom mej duszy. Trzymała w ręku coś w rodzaju narzędzia podobnego do bardzo długiej żelaznej włóczni dobrze zaostrzonej. Wydawało się, że z jej ostrza wychodzi ogień.
Wizja tego wszystkiego i obserwacja postaci, która rzuciła we mnie swą broń, były zupełnie wyjątkowe. Z trudem wydałem jęk, czułem, że umieram. Powiedziałem chłopcu, żeby się oddalił, ponieważ źle się czułem i nie dałem rady dalej spowiadać.
Ta męka trwała nieprzerwanie aż do poranka siódmego sierpnia. Nie potrafię powiedzieć, co czułem w tym czasie tak pełnym bólu. Nawet me wnętrzności, widziałem, były wyciągane i rozrywane tą bronią i rzucone na żelazo i ogień. Od tego dnia noszę śmiertelną ranę. W głębi duszy czuję zawsze otwartą ranę, która sprawia, że doznaję wielkich katuszy”.

Tajemnicza postać zadaje rany
Sam moment otrzymania widocznych stygmatów opisuje Ojciec Pio w liście do ojca Benedetta słowami:
„Co mam odpowiedzieć, gdy pyta mnie Ojciec, jak wyglądało moje ukrzyżowanie? O mój Boże, jakiego zmieszania i upokorzenia doświadczam, gdy muszę ujawnić, co Ty uczyniłeś w swym marnym stworzeniu!
Był ranek dwudziestego dnia ubiegłego miesiąca, po odprawieniu mszy świętej zostałem zaskoczony przez niespodziewany odpoczynek, niczym słodki sen. Wszystkie me zmysły wewnętrzne i zewnętrzne, a także władze mej duszy ogarnął spokój nie do opisania. Wewnątrz mnie i wokół panowała całkowita cisza. Szybko wypełnił mnie wielki pokój i uczucie porzucenia i oderwania się od wszystkiego, odpoczynek w samym nieszczęściu. Wszystko wydarzyło się błyskawicznie.
Gdy to się działo, ujrzałem tajemniczą postać, podobną do tej, którą widziałem wieczorem piątego sierpnia. Jedyna różnica była taka, że teraz jej dłonie, stopy i bok broczyły krwią.
Jej widok mnie przeraził. Nie potrafię opisać, co wtedy poczułem. Czułem, że umieram i umarłbym, gdyby Pan nie wzmocnił mego serca, które wyrywało się z piersi.
Po pewnym czasie postać oddaliła się, ale dostrzegłem, że moje dłonie, stopy i bok zostały przebite i ociekały krwią. Niech Ojciec wyobrazi sobie tę udrękę, jakiej wówczas doznałem i nadal przeżywam prawie każdego dnia.
Rana serca nieustannie krwawi, szczególnie od czwartku wieczorem do soboty. Ojcze, umieram z bólu z powodu ran oraz zażenowania, jakie noszę w głębi duszy. Boję się, że się wykrwawię na śmierć, jeśli Pan nie wysłucha wołania mego serca i nie zmieni sposobu swego działania we mnie. Czy Jezus, który jest tak dobry, udzieli mi tej łaski?”.

Znaki znikają
Stygmaty Ojciec Pio nosił, należy powiedzieć, do śmierci, choć pod koniec życia nastąpiło pewne niespodziewane zjawisko: zaczęły zanikać. Jako ostatni wszystkie stygmaty widział ojciec Eusebio 5 lipca 1964 roku. Latem 1966 roku zanikły stygmaty stóp i boku. W lutym 1968 roku ojciec Alessio widział i zbadał stygmaty rąk. Na przełomie lipca i sierpnia tego samego roku zaniknęły stygmaty na zewnętrznej stronie dłoni Ojca Pio, a na prawej dłoni być może stygmat zniknął nawet całkowicie. Kiedy 22 września Ojciec Pio odprawiał ostatnią mszę świętą, wciąż był widoczny stygmat na wewnętrznej stronie lewej dłoni.
23 września o godzinie 2.30 Ojciec Pio umarł. Zamknął się wtedy ostatecznie także stygmat lewej dłoni. Dziesięć minut po śmierci ojciec Giacomo Piccirillo sfotografował jego bok, dłonie i stopy – stygmaty zniknęły zupełnie, nie zostawiając jakiegokolwiek znaku lub blizny.
Jak odczytać te wydarzenia i znaki?

Tekst Maciej Zinkiewicz OFMCap
„Głos Ojca Pio” [107/5/2017] Kliknij

******
Fragmenty książki włoskiego kapucyna  o. Luigi Peroni Ojciec Pio, t.I, Wydawnictwo Rafael, Kraków 2008, s. 275-297

ROK 1918 – ZJEDNOCZENIE MISTYCZNE

Rok 1918 przyniósł Ojcu trzy niezwykłe zdarzenia mistyczne: transwerberację, stygmatyzację i doświadczenie ostrza wbitego w serce.

Transwerberacja polega na doznaniu przejmującego przeszycia duszy przez płomienny grot. Stygmatyzacja jest to specjalna łaska, którą Pan Bóg, znacząc dłonie, stopy, serce, czasem ramię i głowę, obdarza osoby wybrane ranami Pana Jezusa. Trzecie wymienione zjawisko to przebicie serca.

Pierwsze pojawienie się tajemniczej postaci:
(od wieczora 5 sierpnia, poprzez cały 6 sierpnia, święto Przemienienia Pańskiego)

Transwerberacja

„Spowiadałem właśnie naszych chłopców piątego wieczorem, gdy nagle wypełniło mnie najwyższe przerażenie na widok niebiańskiej istoty, która ukazała się oczom mej duszy. W ręku trzymała ona jakieś narzędzie podobne do bardzo długiej, żelaznej włóczni z dobrze zaostrzonym ostrzem, z którego, jak się wydawało, buchał ogień. Patrzenie na to wszystko i doświadczenie, jak ta postać wbija z całą gwałtownością to narzędzie w moją duszę, było jednym i tym samym. Z trudnością krzyknąłem z bólu, czułem, że umieram. Powiedziałem chłopcu, żeby odszedł, gdyż czułem się źle i nie miałem już sił, aby kontynuować spowiedź. To męczeństwo trwało bez przerwy aż do poranka siódmego dnia sierpnia. Tego, jak bardzo cierpiałem w tym bolesnym okresie, nie umiem opisać. Widziałem nawet swoje wnętrzności wydzierane przez to narzędzie i wszystkie wydane na pastę żelaza i ognia. Tego dnia zostałem śmiertelnie zraniony. W najgłębszym pokładzie mojej duszy czuję ranę, która będąc zawsze otwarta, sprawia, że doznaję nieustannej katuszy”. (list do ojca Benedetto z 21 sierpnia 1918 roku).

„6 sierpnia ukazał mu się Pan Jezus pod postacią niebiańskiej istoty, uzbrojony w lancę, którą przebił mu serce. Czuł, jak jego serca rozdziera się na kawałki, a krew rozlewa się po wszystkich członkach ciała, przelewając się częściowo przez usta”. (pamiętnik ojca Agostino, zeszyt 1, zapis z roku 1919)

To rozbicie wewnętrzne było przerażające także w aspekcie fizycznym i wydaje się, że trwało ono przez dłuższy czas. „Rana otwarta we mnie powtórnie krwawi i krwawi cały czas”. (list do ojca Benedetto z 5 września 1918 roku)

24 stycznia 1915 roku w liście do ojca Benedetto Ojciec opisał następujące wydarzenie mistyczne: „Czuję to, nie widząc Go oczyma mojego ciała, lecz oczyma mojej duszy, jak zatapia On [Pan Jezus] raz za razem, prawie krzesząc ogień, dobrze naostrzony nóż w moim sercu i dalej, aż we wnętrznościach, a potem z wielką siłą go wyszarpuje, aby po chwili powtórzyć całą operację”.

Drugie pojawienie się tajemniczej postaci
(20 września 1918 roku, pomiędzy godziną 9 i 10)

Stygmatyzacja

Był piątek, 20 września 1918 roku. Ojciec skończył właśnie odprawiać Mszę Świętą [w KOŚCIÓŁKU ANTYCZNYM] zatrzymał się jeszcze na chórze, aby złożyć Panu dziękczynienie. Już prawie godzinę zatopiony był w modlitwie. Było około godziny dziesiątej. Niewielki chór, na którym stoją trzy rzędy spróchniałych drewnianych krzeseł, jest usytuowany na wprost ołtarza głównego, ponad jedynymi drzwiami wiodącymi do kościoła. Okienko oddzielające od siebie rzędy siedzisk wychodzi na mały placyk. Dalej można dostrzec krajobraz roztaczający się za rosnącymi tam licznie migdałowcami. Na balustradzie chóru zawieszono osiemnastowieczny krucyfiks wyrzeźbiony w drewnie cyprysowym. Pan Jezus wiszący na krzyżu zwrócony jest w stronę chóru, tak jakby pragną, aby poprzez okienko tworzące dla niego obramowanie był widziany przez ludzi zatrzymujących się na dziedzińcu przed kościołem. Na suficie wymalowano kilka fresków przedstawiających epizody z życia niektórych świętych. Sznur od niewielkiego dzwonu opada przez specjalny otwór do wnęki okiennej.

Właśnie w trzecim, najwyższym rzędzie krzeseł, w pobliżu okienka, modlił się w największym kupieniu Ojciec. Tego właśnie dnia rozpoczął on nowennę ku czci św. Michała Archanioła, którego święto przypada 29 września. Ojciec darzył tę postać wyjątkową czcią. Kiedy Ojciec modlił się, kościółek był pusty. Serce Ojca, chociaż ustawicznie obciążone ciężką próbą kompletnego wyczerpania duchowego, płonąc miłością i bólem, kołatało silnie w tym świętym miejscu.

Gdy Ojciec, siedząc na chórze kościelnym, pozostawał całkowicie skupiony na swoim bólu i modlitwie, nagle ogarnęło go „znużenie podobne do słodkiego snu”. Wszystkie zmysły duszy zatopiły się w niewysłowionym spokoju. Wokół zapanowała całkowita cisza. I nagle, w okamgnieniu… Ojciec opisał to zdarzenie swemu kierownikowi duchowemu: „Mój Boże jak bardzo jestem zawstydzony i jakiego upokorzenia doznaję, kiedy muszę wyjawić to, czego Ty dokonałeś w tym swoim słabym stworzeniu! Na chórze, po odprawieniu Mszy Świętej (…) nagle ogarnął mnie stan spoczynku, podobny do słodkiego snu. Wszystkie zmysły zatopiły się w niewysłowionym spokoju. Otaczała mnie całkowita cisza, która ogarnęła także moje wnętrze. Pojawił się całkowity spokój i aprobata dla całkowitego wyrzeczenia się oraz wytchnienia od boleści. Wszystko to wydarzyło się w okamgnieniu. I podczas gdy to wszystko się działo, ujrzałem przed sobą tajemniczą postać podobną do tej widzianej wieczorem 5 sierpnia, a różniącą się tym tylko, że jej ręce, nogi i bok ociekały krwią. Ten widok mnie przeraził; nie potrafię opisać, co czułem w tamtej chwili. Czułem, że umieram i zapewne umarłbym, gdyby Pan nie pospieszył mi z pomocą i nie podtrzymał mego wyrywającego się z piersi serca. Wtedy tajemnicza postać zniknęła, a ja zobaczyłem, że moje ręce, nogi i bok zostały przebite i ociekają krwią…”. (z listu do ojca Benedetto z 22 października 1918 roku).

Pierwsze świadectwo w swoim dzienniczku pozostawił Ojciec Agostino: „Ukazała mu się ta sama postać, którą widział już 6 sierpnia, lecz tym razem ukrzyżowana. Poczuł się tak, jakby stracił przytomność i przebywał poza swoim ciałem. Krucyfiks rozbłysnął pięcioma promieniami wydobywającymi się z dłoni, ze stóp, z boku. One przebiły jego dłonie, stopy i bok. Wizja ta trwała kilka minut, a kiedy wrócił do siebie, spostrzegł, że naprawdę został zraniony: z ran wypływała krew, szczególnie z tej w okolicy serca. Znalazł w sobie dość siły, aby dowlec się do celi i wyczyścić całą przesiąkniętą krwią odzież”.

Drugie świadectwo pochodzi od Giuseppe Orlando, który przytacza zwierzenia Ojca: „Znajdowałem się na chórze i składałem dzięki za Mszę Świętą, kiedy poczułem, że z wolna wypełnia mnie narastająca słodycz, która sprawiała, że rozkoszowałem się modlitwą. Więcej nawet, im goręcej się modliłem, tym rozkosz ta się powiększała. W pewnej chwili wielka światłość poraziła moje oczy, a wewnątrz tej światłości ukazał mi się Chrystus pokryty ranami. Nie powiedział nic. Zniknął… Kiedy się ocknąłem, spostrzegłem, że leżę poraniony na ziemi. Dłonie, stopy i serce krwawiły i bolały bardzo, że nie miałem siły się podnieść. Na czworakach wlokłem się z chóru przez całą długość korytarza aż do celi. Wszyscy ojcowie znajdowali się wówczas poza klasztorem. Rzuciłem się na łóżko i modliłem się, aby powtórnie ujrzeć [Pana] Jezusa. Lecz później zanurzyłem się w sobie, przypatrzyłem się moim ranom i zapłakałem, znosząc hymny dziękczynienia i modlitwy”.

Trzecie pojawienie się tajemniczej postaci
(data nie jest znana, lecz z całą pewnością wydarzenie to miało miejsce pomiędzy 20 listopada a 20 grudnia 1918 rok)

Przebicie serca ostrzem

„Od wielu dni odczuwam w sobie jakąś rzecz podobną do żelaznego ostrza, które od dolnej części serca przechodzi ukośnie aż pod prawą łopatkę. Wywołuje to ostry ból i nie daje ani chwili wytchnienia. Cóż to może być? To nowe zjawisko zacząłem odczuwać po ponownym ukazaniu się tej samej tajemniczej postaci, którą widziałem 5 lub 6 sierpnia i 20 września, o czym wspominałem ci, jak zapewne pamiętasz, w innych swoich listach”. (list do ojca Benedetto z 20 grudnia 1918 roku). „Rana jest duchowa, ale przekłada się również na sferę fizyczną… Jest to rana Bożego Miłosierdzia…”.  (list o. Agostino z 7 stycznia 1919 roku)

W ten oto sposób Pan Jezus obdarzył Ojca Pio łaską zjednoczenia mistycznego. Od teraz życie Ojca całkowicie został oddane w ręce Trójcy Przenajświętszej, której wolą było, by Ojciec ofiarnie służył grzesznikom w drodze do zbawienia. Wiemy, że Także po swej śmierci Ojciec w dalszym ciągu pomaga swoim duchowym dzieciom

.